Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

wtorek, 22 grudnia 2015 3 komentarze:
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams, Michael Arndt
Gatunek: PrzygodowySci-Fi
Produkcja: USA
Premiera:18 grudnia 2015 (Polska), 14 grudnia 2015 (świat)
Czas trwania: 2 godziny 15 minut
















I nadszedł ten piękny dzień! Zawsze chciałam zobaczyć którąś część Star Wars na wielkim ekranie, myślałam, że się nie doczekam, a tu Disney wyprodukował Epizod VII. Szczęście niepojęte, chociaż się bałam, że wyjdzie to słabo. Naprawdę, dopóki nie zobaczyłam filmu martwiłam się o wszystko, a wyszło zupełnie inaczej niż myślałam.
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce były sobie Stara Trylogia i Nowa Trylogia, byli totalnie irytujący Anakin i dziwnie obojętny mi Luke Skywalkerowie, mistrz Yoda tworzył nowe zasady gramatyki, a marsz imperialny i tak nigdy nie był straszniejszy od mojego budzika... A całkiem niedawno, w naszej galaktyce cały świat oszalał, bo poszła wiadomość o Epizodzie VII Gwiezdnych Wojen. Jeny, naprawdę nie wiem od czego zacząć! Widziałam ten film w piątek i dalej nie mogę się uspokoić. Dla mnie było po prostu świetnie, czuło się charakterystyczny klimat gwiezdnej sagi, postacie, poza Kylo Renem, przypadły mi do gustu, cała oprawa, fabuła, nawiązania do Starej Trylogii i muzyka były dobrane po prostu idealnie. Może było trochę schematów (oj no, nazywanie Sokoła Millenium „starym złomem” to już chyba tradycja!), ale aż tak bardzo nie przeszkadzało, chociaż ja z kumplami głównie śmieliśmy się z niektórych nawiązań.
Postacie – czyli to, co najbardziej mnie kupiło. Poza jednym Kylo Renem, który kojarzy mi się z rozchwianym emocjonalnie nastolatkiem, a równocześnie jego motywy nie są „wielkie” (tak, chciał być jak Vader, ok...) był dla mnie dość irytujący, ale też – pośmiałam się. Za to cała reszta ważniejszych bohaterów to dla mnie cud i miód! Rey, do której miałam największe obawy, okazała się jedną z tych żeńskich postaci, które naprawdę lubię! Jeny, doczekałam się, żadnych „biednych klusek”, dam w opałach, panienek „udowodnię, że potrafię” czy wpraszania się wszędzie ze szczytnymi ideami. Nie, ona po prostu robi, co ma robić, bez żadnego jojczenia, robienia z niej wielkiej bohaterki i tym podobnych, a przy tym ma swoją historię, obawy i charakter. Kupiła moje serce na równi z BB8 – uroczym droidem, który z zachowania przypomina kociaka, a przy okazji świetnie wyczuwa się jego emocje. Co mogę powiedzieć? Mamy młodszego brata R2D2! No i Finn, szturmowiec, który nie chciał być szturmowcem. I nie, to nie tak, że nagle klony zmieniły kolor skóry, Nowy Porządek ma inne metody pozyskiwania żołnierzy, ale o tym w filmie! Finn chociaż trochę pogubiony, też wkradł się w moje łaski, pewnie dlatego, że wyłamał się przed szereg. Tylko trochę bawiło mnie to, że miecz świetlny „skakał” między nim, a Rey, choć oboje pierwszy raz zetknęli się z tego typu bronią, a tu zawód – nie poleciały żadne kończyny!
Film, oczywiście, nie mógł się obyć bez „starych dobrych Gwiezdnych Wojen”. Mamy Hana Solo, generał (księżniczkę) Leię, Chewbaccę, C3PO i nawiązania, nawiązania, nawiązania! Powiem tyle – fani zsypu na śmieci się nie zawiodą! Całościowo wypada to dość interesująco, chociaż większość filmu była jako takim wprowadzeniem do nowych czasów. Dla mnie było za krótko, ale jednak film to film, nie mógł trwać całego dnia. O fabule zbyt wiele do powiedzenia nie mam, była, wypadła świetnie, ale „Przebudzenie Mocy” wydaje się być jako takim wprowadzeniem do kolejnych filmów, nawiązując do tytułu, ma na nowo albo po raz pierwszy przebudzić w widzach Moc. I, w mojej opinii, ją budzi.


45. She stands beside Corr, looking up at him. I want her to love him

piątek, 20 listopada 2015 4 komentarze:

Recenzja bardzo nieobiektywna i nietypowa, jak tak patrzę na moje inne.

Wyścig śmierci
Maggie Stiefvater

Ocena Cupcake.: totalnie nieobiektywe 10/10


„Wyścig Śmierci” Maggie Stiefvater trafił w moje ręce w tak odpowiednim czasie, jak żadna inna książka. Swoim klimatem kompletnie mnie oczarował, pozwolił zakochać się w małej wyspie Thisby oraz legendarnych koniach wodnych i odegnał wszelkie ponure myśli.

„Wyścig...” jest historią Kate „Puck” Connolly oraz Seana Kendricka. Każde z nich ma swój powód by wziąć w udział w tytułowych zawodach. Są one tradycyjnym świętem na Thisby, celebrowanym w pierwszy dzień listopada. Obchody Wyścigu Skorpiona są nierozerwalnie związane z each uisce – legendarnymi stworzeniami żyjącymi w głębinach. To właśnie one, niesamowite konie wodne, są trzonem tej książki. Przerażają, ale jednocześnie oczarowują. Sam wyścig nie wysuwa się tu na pierwszy plan.

Styl Maggie należy do jednego z moich ulubionych. Autorka potrafi niesamowicie obrazować to, o czym pisze. Fabułę „Wyścigu” przedstawia nam z dwóch różnych perspektyw: Seana – chłopaka, który stracił ojca w wieku kilku lat – oraz Puck – dziewczyny, której rodzice zginęli przed rokiem i żyje w starym domu wraz z dwójką braci. Całość niesamowicie się przeplata, uzupełnia, tworząc nierozerwalną całość, która chwyta za serce. Początkowo utrudnieniem zdaje się używanie przez autorkę czasu teraźniejszego, który jednak po chwili genialnie zgrywa się z całą historią, tylko uzupełniając swoją osobliwością przebieg zdarzeń.

Fabuła obejmuje głównie czas przygotowań do Wyścigu Skorpiona, nie ma się więc co spodziewać opisu zawodów przez większość kart książki. Autorka ukazuje nam niezwykłą istotę i magię koni wodnych, skupia się na uczuciach między zwierzęciem a człowiekiem. Oczywiście, pojawia się wątek miłosny – a to niespodzianka – nie jest on jednak wywindowany na pierwszy plan. Główną rolę grają tu each uisce i niezwykły rodzaj wręcz zależności tworzącej się między koniem a ludźmi.

Jest to jedna z niewielu książek, na które ostatnio trafiałam, w których bohaterach czułam rzeczywiście autentyczność i zakochałam się na zabój. Puck może nie jest moją ulubioną damską postacią, ale jest osobą niezwykle odważną a przy tym wrażliwą, ambitną i gotową do poświęceń. Sean z kolei jest bohaterem, którego nie da się nie pokochać. Taki już jest. Pewny siebie, ale jednocześnie bezbronny chłopak pracujący w stajni. Przy swoich ukochanych koniach. Bohaterowie stanowiący tło historii też są wyraźnie zarysowani, ale nie należą do typowych szablonowych postaci. Oczywiście nie da się uwielbiać wszystkich, bo jak tu lubić czarne charakterki, ale trzeba tu zaznaczyć, że nawet postaci, których sympatią nie darzę, są prawdziwe, namacalne, realne. A tego coraz częściej brakuje literaturze młodzieżowej wypełnionej po brzegi samymi ideałami.

„Wyścig Śmierci” totalnie mnie kupił. Inaczej nie mogę tego nazwać. Oczarował mnie niezwykłym klimatem, omotał lśniącymi końskimi grzywami, odurzył morskim zapachem, urzekł skromnością. Zdecydowanie ma w sobie coś głębszego, co nie pozwala o tej książce zapomnieć. Historia Puck i Seana daje nadzieję, udowadnia, że zwierzęta też potrafią kochać. Mnie chwyciła za serce. Serdecznie polecam.

______
Recenzja brała dawno temu udział w pewnym konkursie u Roberta, postanowiłam ją w końcu ukazać szerszemu gronu odbiorców.

44. Jesienna miłość - N. Sparks

wtorek, 3 listopada 2015 1 komentarz:


Tytuł oryginału: A walk to remember
Tytuł polski: Jesienna miłość
Autor: Nicholas Sparks
Premiera: 2000 rok
Wydawca: Albatros
Ilość stron: 207
Czas czytania: 2 dni

Rok 1958. Beztroski siedemnastolatek Landon Carter rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej w Beaufort. Jego ojciec kongresman pragnie, by syn zrobił karierę - tymczasem Landon nie zaczął jeszcze zastanawiać się, co zrobić z dorosłym życiem. Koleżanka z klasy, Jamie Sullivan, cicha spokojna dziewczyna opiekująca się owdowiałym ojcem, traktowana jest przez niego i rówieśników jako nieszkodliwa dziwaczka. Nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony. Kiedy nadchodzi pora dorocznego balu Landon w odruchu desperacji zaprasza Jamie, na którą dotąd nikt nie zwrócił uwagi. To dopiero początek bliższej znajomości. Wykpiwany przez kolegów chłopak początkowo unika dziewczyny, wkrótce jednak ich kontakty przeradzają się w przyjaźń, a potem... przekonacie się sami. Nieoczekiwanie Landon odkrywa prawdziwy sens i urodę życia - radość, jaką sprawia pomaganie innym, ból po utracie najbliższej osoby...

To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem - Nicholasem Sparksem tak głęboko zachwalanym. Nie ukryję, że książka była fantastyczna, chociaż na początku obawiałam się po nią sięgnąć. Zauroczyła mnie oczywiście Jamie i jej nietypowy charakter. Powieść ma przekaz, aby nie przechodzić obojętnie obok ludzkiego utrapienia, przede wszystkim uczy pomagać i doceniać to co się ma, bo kiedyś może tego zabraknąć... Tego właśnie uczy się główny bohater na kartach tej książki - Landon. Jest chłopakiem z bogatej rodziny, a to mu przydarzają się takie rzeczy. Czemu? Dla Boga każdy jest równy.

   Zakończenie złamało mi serce na milion kawałeczków i uroniłam przy nim nie jedną łzę. Wiem, że ta książka nie jest ostatnią, którą przeczytam owego autora. Gorąco polecam!

★★★★★★★★☆☆

Mrs. Crazy

Czytelnicze podsumowanie miesiąca - październik Mrs. Crazy

sobota, 31 października 2015 3 komentarze:


Październik to zdecydowanie jeden z moich ulubionych miesięcy. Kocham jesień!



Czytelniczo wyszło mi całkiem dobrze, chociaż nie jestem w pełni usatysfakcjonowana. Łącznie przeczytałam 8 książek i kilka stron dziewiątej.


  • Krzywe 10 - Ewa Nowak 8/10
  • Ania na uniwersytecie Lucy Maud Montgomery 8/10
  • Ania z Szumiących Topoli - Lucy Maud Montgomery 7/10
  • Jesienna miłość - Nicholas Sparks 7,5/10

  •  Papierowe miasta - John Green 7/10
  • Alicja w Krainie Zombi - Gena Showalter  9/10
  • Diupa - Ewa Nowak 8/10
  • Tomek w krainie kangurów (lektura) - Alfred Szklarski

















Najlepsza książka: Alicja w Krainie Zombi
Najgorsza książka: Tomek w krinie kangurów 

Na ten miesiąc miałam bardzo ambitne plany, ale jak zawsze mi nie wyszło :P Nie potrafiłam za bardzo wbić się w ten rytm czytania, bo przyznam niestety, że we wrześniu nie przeczytałam nic...
   Na naszym blogu w tym miesiącu, była bardzo duża aktywność: opublikowałyśmy pięć postów. :)
Co by tu jeszcze dodać... Ogółem to październik był u mnie strasznie zabiegany i nie wierzę, że już jutro listopad... Muszę sobie lepiej organizować czas. :P

Mrs. Crazy

43. Nigdy nie ufajcie gołębiom i umierajcie dzielnie!

środa, 28 października 2015 2 komentarze:
Seria: Magnus Chase i bogowie Asgardu
Tytuł: Miecz Lata
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 512
















Tak, jestem nerdem. I co mi zrobisz?”

Magnus Chase zawsze sprawiał kłopoty. Od tajemniczej śmierci matki mieszkał samotnie na ulicach Bostonu, przeżywając dzięki sprytowi, który pozwalał mu być zawsze o krok przed policją i kuratorami. Pewnego dnia odnalazł go wuj – chłopak nigdy wcześniej go nie widział, ale matka mówiła, że jest niebezpieczny. Wuj wyjawił mu niezwykły sekret: Magnus jest synem nordyckiego boga. Mity wikingów są prawdą. Bogowie Asgardu szykują się na wojnę. Trolle, olbrzymi i jeszcze gorsze potwory budzą się na dzień ostateczny.
Aby zapobiec Ragnarokowi, Magnus musi przeszukać Dziewięć Światów i znaleźć broń zaginioną od tysięcy lat. Kiedy atak ognistych olbrzymów zmusza go do wyboru między własnym bezpieczeństwem a życiem setek niewinnych ludzi, Magnus podejmuje śmiertelnie niebezpieczną decyzję. Czasami jedynym sposobem na rozpoczęcie nowego życia jest śmierć… 


Tak, schemat raczej znany, jest sobie młody bohater z problemami, jest sobie koniec świata, trochę nadprzyrodzonych sił i tak dalej i tak dalej. Tak, brzmi jak nowa wersja „Percy'ego Jacksona”. Tak, to jest coś innego! O ludzie, po 70 stronach śmiałam się jak wariatka z ludzi, którzy wybrzydzali, że Riordan pisze to tylko dla kasy i ta seria będzie do niczego. Serio, dla mnie Magnus przebił wszystkie serie z Percym i trylogię o rodzeństwie Kane'a, a to wyczyn. Ale jednak nigdy tak szybko nie stwierdziłam, że „O, ten koleś będzie moim ziomem!”. Jednak Magnus... Bogowie, to śmiesznie zabrzmi, jeśli powiem o bezdomnym chłopaku, że wygrał wszystko? Nawet jeśli umarł w jednym z pierwszych rozdziałów. Mam wrażenie, że Rick starał się stworzyć postać, która z jednej strony jest nieidealnym herosem (NIE, NIE HEROSEM W SENSIE PÓŁBOGIEM, BO ELF ZDZIELI WAS KAMIENIEM RUNICZNYM W GŁOWY!), a z drugiej byłby dobrym kumplem jego czytelników. (Dobra, nie wszystkich, ciiii, bywam egoistką.) No bo... Tak, on jest nerdem. I co mu zrobicie? A poza tym ma cudowne teksty, poczucie humoru na poziomie „Lucy umiera ze śmiechu”, miłość do falafeli, jego sposób bycia, awersja do kontaktu fizycznego... Co tu można powiedzieć, postać o imieniu Magnus nie może nie być niesamowita! Już sama dedykacja to sugerowała. A poza tym kreacja bohaterów jest w tej książce powalająca, Blitzen i Heartstone to moje dzieciaczki! Szczególnie Heart, kocham elfy, przekochane elfy są jeszcze lepsze! Tak, adoptuję go...
Dobrze, po kolei. Naprawdę, jeśli ktoś jeszcze powie, że ta książka jest robiona dla hajsu i jest niczym przy PJ to osobiście rzucę w niego Mieczem Lata! Jasne, „Krew Olimpu” jakoś niezbyt wyszła (ale i tak rozdziały Nico i Reyny były przecudowne, tak zbaczając z tematu), ale to nie znaczy, że Riordan powinien przestać pisać, szczególnie, kiedy tworzy takie cuda, jak „Miecz Lata”. Pod wszelkimi względami ta książka jest dla mnie czymś niesamowitym, no tylko trzeba wykopać Annabeth na księżyc, grrrr... (Serio, czy ona do wszystkich ma stosunek „Jesteście niedorobieni umysłowo, bo ja jestem dzieckiem Ateny”???? Bo odnoszę takie wrażenie.) Zawsze sądziłam, że kochany wujcio Trolldan zdobył się już na wszystko, że mitologia już nie będzie bardziej pokręcona. A wtedy Magnus dostał opieprz od gigantycznej wiewiórki, klnącej z wprawą rodowitego Polaka, która lata po Drzewie Świata i denerwuje smoka i orła na jego końcach. Tak, trochę czytałam o mitologii nordyckiej wcześniej i wyobrażałam sobie Ratatosk jako niegroźne stworzenie. Poza tym zmartwychwstające dziki i kozy, kozy mieszkające na drzewie i dające pitny miód, kozy ciągnące rydwan Thora (to te same, co zmartwychwstające, ta wielofunkcyjność)... Ok, jest sporo kóz. A sam Thor... Tak, to młotek. Thor jest wielkim młotem w każdym wydaniu, ale to już jakby lepsze niż marvelowskie. A o Thorze wspominam ponieważ czuję się głupio, bo okazuje się, że nawet bóg latający między światami, żeby zabijać olbrzymy ma czas na oglądanie seriali, a ja dalej tkwię w trzecim sezonie „Gry o Tron”... No nieważne. Po prostu okazało się, że mitologia nordycka to jak podróż po galaktyce na latającym kocie strzelającym laserami z oczu. Już nawet nie pytam, kto, co brał, żeby stworzyć takie rzeczy. Tfu! Co ja gadam! Nie tylko mitologia, ta książka to jeszcze większy odpał! I za to kocham tego autora.
Pytanie za milion: za co jeszcze kocha się Riordana? A no za złote cytaty, a przy okazji to, że ma talent do tworzenia postaci, które są zdolne mówić takie rzeczy. Chciałabym umieć tu wyrazić, czemu ta książka tak bardzo mi się spodobała, ale chyba stało się do mnie tak oczywiste, że ciężko mi to jakoś przetłumaczyć. Między kartkami jest tyle niesamowitości, wariactwa, kochaności i wszystkiego innego, że powinny być jakieś ostrzeżenia na okładce! To po prostu kwintesencja wszystkiego, co u Riordana najlepsze. A do tego tytuły rozdziałów... Szkoda, że nie ma spisu treści, bo chętnie bym Wam je pokazała.
Co do fabuły – biegnijmy! Chyba z takiego założenia wyszedł autor (znowu). Przy tej książce nie ma spokojnych momentów, kiedy to możesz usiąść i odpocząć, cały czas coś się dzieje. W jednej chwili Magnus jest po prostu bezdomnym dzieciakiem, potem nagle umiera, okazuje się, że jednak jako tako żyje (sprawa dość skomplikowana), ale coś nie wychodzi, trochę zabijania, trochę zmartwychwstawania, wielkie wiewiórki, pokręcone krasnoludy, przykre historie z elfami, bogowie, koniec świata, zapobiec końcu świata, olbrzymy są jakieś nie teges, pamiętacie o końcu świata? A przy okazji musicie cały czas pamiętać o falafelach! A przy okazji wychodzi na to, że mroczne elfy tak serio nie są elfami. Krasnoludy słuchają Taylor Swift... Deal with Riordan! I prawie zapomniałam o kaczkach... W tej książce jest tyle kaczek, że chyba będę potrzebowała psychoterapeuty... Brrr, wstrętne stworzenia! Ale, żeby nie było, to nie tylko komedia. Poważnie, były momenty, kiedy chciało mi się płakać, tulić te postacie, przywalić komuś twarz... Na koniec prawie miałam zawał! Komplet emocji zebrany, a teraz wracajcie do pokeballa.

Po czym umarłem. Koniec.”

To chyba idealne podsumowanie. No bo jak to mam czekać rok na drugą część?! (Przy okazji, po polsku to będzie „Młot Thora” <---- Bardzo mnie to bawi, bo na moje Thor sam w sobie jest już młotem.) Dla mnie to było jak kilka dni na karuzeli kosmicznego poczucia humoru, jednej z bardziej zakręconych mitologii, cudownych postaci, a przy okazji bombardowania emocjami. Co tu mówić, cały Riordan, tym razem mamy fuzję wszystkiego, co charakteryzowało jego poprzednie serie, poczucie humoru wyskoczyło poza wszelką skalę, typowe dla tego autora trollowanie czytelników, naprowadzaniu ich na fałszywe tropy i mieszanie w głowach po prostu musiało się znaleźć, jak wcześniej uważałam mitologię egipską w wersji wujka Ricka za najbardziej zakręconą, tak zdetronizowała ją mitologia nordycka, główny bohater jest kimś, z kim mogłabym dzielić mózg, a i mam wrażenie, że jest to seria skierowana do trochę starszej grupy wiekowej niż „Percy Jackson”. To mamy komplet. I chcę już więcej! A tej części daję 10/10, nawet jeśli Annabeth w kilku zdaniach potrafiła doprowadzić mnie do szewskiej pasji.

A na koniec muszę dodać ten cudowny cytat:
„Chodzi o to, że ten sznur jest lepszy! Nazwałem go Andskoti, Przeciwnik. Został utkany z najpotężniejszych paradoksów w dziewięciu światach: z wi – fi bez lagów, szczerości polityka, drukarki, która drukuje, zdrowej żywności przygotowanej na głębokim tłuszczu oraz interesującej książki do gramatyki!”

Tak, wielka mitologia nordycka z wi – fi bez lagów, mitologia w mitologii? (A więcej szukajcie w książce, bo chyba musiałabym ją tutaj w całości przepisać.)




Book TMI Tag

poniedziałek, 19 października 2015 Brak komentarzy:
Zgodnie z obietnicą, przychodzę dzisiaj do Was z Book TMI Tag. Mam wrażenie, że nie znamy się tak dobrze, jakbym chciała... Czas to zmienić!


1. Która fikcyjna postać ma najlepszy styl?
Jak dla mnie, najlepszy styl ma Isabelle z serii Dary anioła Cassandry Clare. Mimo to nigdy bym się tak nie ubrała, ale Isabelle naprawdę lubię i podziwiam.

2. Twoje fikcyjne zauroczenie?
Obecnie Gilbert!!! ♥♥♥ Na samą myśl o nim, szybciej bije mi serce! Gilbert, Gilbert, Gilbert i najwspanialsza Ania! ♥

3. Czy kochałaś kiedyś postać, a potem zaczęłaś ją nienawidzić?
 Trudne pytanie... Ale nie, chyba nigdy mi się to nie zdarzyło, albo najwidoczniej tego nie pamiętam.

4. Największa książka na twojej półce?
Rozmiarem królują Baśnie Andersena, ale jeśli chodzi o ilość stron to mam trzy naprawdę grube książki. Na pierwszym miejscu jest Harry Potter i Książę Półkrwi 701 str., na drugim jest Brisingr Ch. Paolini 651 str., a na trzecim moja ostatnia zdobycz, czyli After. Płomień pod moją skórą. A. Todd 635 str.

5. Najcięższa książka na twojej półce?
Tym razem jest to Czas Żniw Samanthy Shanon. Jeszcze nie czytałam tej książki, ale w najbliższym czasie (listopad, grudzień..) spodziewajcie się recenzji.


6. Masz jakieś książkowe plakaty?
Mam dość mały pokoik i żaden plakat niestety mi się tam nie zmieści. :( A szkoda!


7. Masz jakąś książkową biżuterię?
Niestety nie! A strasznie nad tym ubolewam. :(


8. Książkowa para, której kibicujesz?
Dla Ani i Gilberta! Ostatnio pokochałam całą serię o Ani z Zielonego Wzgórza. Jestem całkowicie oczarowana!

9.  Ulubiona seria książek?
Na pewno nie mam jednej! Między innymi uwielbiam Harryego Pottera, Szeptem,Baśniobór, Percyego Jacksona i oczywiście Anię z Zielonego Wzgórza! Na pewno znalazłoby się jeszcze więcej książkowych serii, ale wymieniłam te, które najbardziej zapadły mi w pamięć.

 10.  Ulubiony soundtrack z książki?
Za często nie oglądam filmów i pewnie dla tego nie mam ulubionego soundtracka.


11. Jaką książkę polubiłaś tak bardzo, że chciałabyś, aby była kontynuowana?
 Zdecydowanie Wyścig Śmierci! Chociaż jestem świadoma, że kontynuacja nie miałaby sensu... :(


12. Ulubiona powieść jednotomowa?
Wyścig śmierci i Fangirl! :3


13. Od kiedy czytasz?
Ogólnie czytam od trzeciej klasy podstawówki, ale intensywniej zaczęłam rok temu.

14. W którym domu Hogwartu jesteś?
Zawsze myślałam, że jestem w Gryffindorze, ale podczas testu, okazało się, że należę do Ravenclavu. Krukoni łączymy się!

15. Czego szukasz w książce?
Idealnego bohatera męskiego! I przede wszystkim, aby książka zostawiła niezatarty ślad w moim czytelniczym sercu. ♥

16.  Ulubiony cytat?
Oczywiście jest ich bardzo dużo, ale ostatnim ulubionym jest cytat z Ani na uniwersytecie: ,,Gdyż rzeczy widzialne przemijają, niewidzialne zaś trwają wiecznie".

17. Ulubiona okładka?
Okładki z serii Szeptem są wspaniałe!

18. Akcja vs romans?
To i to, ale z lekkim umiarem. ;)

19. Gdzie idziesz kiedy w książce są smutne momenty?
Może nie tyle, że idę, ale kiedy jest coś co mi się nie podoba, zamykam książkę i potrafię patrzeć się na nią przez kilkanaście minut, a potem czytam normalnie dalej.

20. Ile zajmuje ci przeczytanie jednej książki?
Zależy od nadmiaru obowiązków, ale tak około cztery dni.

 21. Ile trwa twój "kac książkowy"?
 To zależy od danej książki. Czasami trwa dwa, trzy dni. Po Igrzyskach Śmierci Suzanne Collins miałam miesięcznego kaca! I tak przyznam z bólem serca, że we wrześniu przeczytałam tylko połowę książki...

 22. Najmniej lubiana książka?
Jeżeli chodzi o lektury to *ekhem* W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza, ale jeśli chodzi o normalną pozycję to jest to Reality Show Nicoli Kraus i Emmy McLaughlin. Ble! Klump nad klumpami! Gdybym ją recenzowała to na pewno dałabym tylko jedną gwiazdkę! Nie czytajcie, jeśli nie chcecie zmarnować sobie życia...

 23. Co cię zachęca do polubienia postaci?
 Odwaga i siła przetrwania! :P

 24. Co cię odrzuca w postaci?
  Egoizm, ale w tym sensie, że nie da się tej osoby polubić, bo zacznie Cię obgadywać za plecami. Jace z Darów Anioła to co innego!

 25. Dlaczego dołączyłaś do blogosfery?
 To wszystko dzięki kochanej Cupcake!

 26. Straszna książka? 
Sherlock Holmes zawsze zapiera mi dech w piersi, ale tego strachem nazwać nie można i raczej nie mam takiej książki.

27. Kiedy ostatnio płakałaś przy książce?
 Ja często ryczę przy dobrych książkach i nie śmiejcie się, ale ostatnio popłakałam się ze szczęścia przy Ani na uniwersytecie.

28. Ostatnia książka, której dałaś 10/10? 
*sprawdza* Był to Wyścig Śmierci Maggie Stiefvater :)

29. Ulubiony tytuł?
 Kochani, dlaczego się poddaliście? i Królestwo łabędzi.

 30. Ostatnio przeczytana książka?
 Diupa Ewy Nowak

 31. Co teraz czytasz? 
Alicję w Krainie Zombi Geny Showalter ....będzie recenzja!

32. Ostatni obejrzany film na podstawie książki?
 Igrzyska Śmierci

33. Bohater książkowy, z którym chciałabyś pogadać? 
Hermiona Granger z Harryego Pottera i Cath z Fangirl! 

34. Autor, z którym chcesz porozmawiać? 
Raczej nie chciałabym rozmawiać z jakimś autorem. Moje myśli o jego wyglądzie i osobowości by się na pewno zmieniły.

35. Ulubione jedzenie do czytania? 
Wszystko co jest pod ręką!

36. Książkowy świat w którym chciałabyś żyć?
 Hogwart!

 37. Świat książkowy, w którym nie chcesz żyć?
 Zdecydowanie Panem!

 38. Kiedy ostatnio powąchałaś książkę? 
Teraz! *niuch*

39. Dziwne sposoby obrażania użyte w książce?
 Klump, gniot... xd

 40. Czy tworzysz jakieś własne teksty?
 Kiedyś coś tam tworzyłam, ale... nie skomentuję tego :P Teraz jedynie recenzje.

 41. Ulubiony magiczny przedmiot?
 Peleryna niewidka! :3

 42. Twoje miejsce w drużynie qudditcha?
 Błagam Was, ja nawet nie umiem złapać piłki, a co dopiero łapać znicza, odpijać tłuczki i strzelać do bramek. Niestety się do tego nie nadaję.

 43. Nazwij piosenkę, którą łączysz z jakąś książką
 Obecnie kojarzy mi się tylko Love, me, like you do z Pięćdziesiąt Twarzy Greya. 

 44. Ulubiony podryw na książkę? 
Istnieje coś takiego? Nie...

45. Użyłaś go kiedyś?
 Jak coś wymyślę i kogoś poderwę to Wam powiem. xd

 46. Ile masz książek?
 *liczy* W pokoju mam 57, ale licząc cały dom... Nie, nie policzę tego!

 47. Kogo tagujesz? 
Hahaha teraz się zabawię! Kogo by tu obciążyć tymi 47 pytaniami? No oczywiście, że:
Isabel czyta
Zakładka - książki i nie tylko :)
oraz...
Wszystkich, którzy ten tag chcą wykonać.
Miłej zabawy życzę! :)

Od autorki: Mimo, że ten tag jest naprawdę długi, to pisało mi się go bardzo przyjemnie. Mam nadzieję, że przez to poznaliśmy się lepiej.

Mrs. Crazy

42. ,,Diupa" ~Ewa Nowak

niedziela, 18 października 2015 Brak komentarzy:



Tytuł oryginału (polski): Diupa
Autor: Ewa Nowak
Seria: Miętowa
Premiera: 2002 rok
Wydawca: Egmont
Ilość stron: 223 
Czas czytania: 2 dni 

Nieśmiały i zagubiony Wiktor poznaje szaloną i pełną energii Damrokę. Z kolei Wika plącze swoje życie tak, że nie umie już rozpoznać miłości, przyjaźni i dobra. Autorka pokazuj nam pół roku z życia rodzeństwa i ich najbliższych, nawet babci, jak dotąd panny na wydaniu(!). Ta powieść, w której papuga Diupa ma znaczący udział w początkach obiecujących znajomości, rozczuli Cię i rozśmieszy. Jeśli masz na jutro coś pilnego do zrobienia, nie zaczynaj dziś czytać tej książki. Wkrótce kolejna powieść Ewy Nowak! 
~od wydawcy
|Wszystko, tylko nie mięta|Diupa|Krzywe 10|Lawenda w chodakach|Drugi
|Michał Jakiśtam|Ogon Kici|Kiedyś na pewno|Rezerwat niebieskich ptaków
|Bardzo biała wrona|Niewzruszenie|Dane wrażliwe|Drzazga|Mój Adam
|Niebieskie migdały|Pierwsze koty| 

Jeżeli czytaliście moją pierwszą recenzję tej książki, to pewnie wiecie, że byłam kompletnie zauroczona. Tak i również poczułam się czytając tę powieść Pani Nowak. Mimo dziwnego tytułu, książka jest naprawdę cudowna!

W powieści opisane jest życie dwojga głównych bohaterów, którzy są rodzeństwem, a co dziwne mają bardzo podobne imiona: Wiktor i Wiktoria. To nas autorka zaskoczyła! Spokojne życie rodziny zmienia się, gdy do ich domu trafia niespodziewanie papuga, która umie wypowiedzieć tylko jedno słowo: Diupa. Rodzinka Rybackich wpada na zwariowany pomysł i tak ją właśnie nazywa. Mimo, że Diupa nie jest człowiekiem, to i ona potrafi nieźle nabroić. Ale bez niej byłoby nudno, prawda? 

Każda książka Ewy Nowak ma w sobie to coś. Odczuwam, że Diupa nie oczarowała mnie tak bardzo jak Wszystko tylko, nie mięta, ale co dziwne to recenzowana dziś powieść podobała mi się o wiele bardziej. Pióro tej autorki jest typowe, bez żadnych złotych przemyśleń i cytatów godnych zapamiętania. Książka jest idealna na tak zwane "odmóżdżenie" od naszego codziennego życia i obowiązków. Wątek miłosny nie jest aż tak bardzo rozległy z wielką akcją. Autorka umie świetnie opisać codzienne życie nastolatków. Co tu więcej mówić... przeczytajcie sami!

★★★★★★★★☆☆
Mrs. Crazy 

41. "...urodziły się w najzimniejszy, najmroźniejszy dzień roku..."

sobota, 17 października 2015 4 komentarze:

Bliźnięta z lodu
The Ice Twins

Autor: S. K. Tremayne
Tłumaczenie: Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Ocena Cupcake.: 9/10

Opis:
W rodzinie Moorcroftów urodziły się bliźniaczki. Dziewczynki często udawały jedna drugą, były do siebie tak podobne, że nawet rodzice mieli problem z ich rozróżnieniem. Trzynaście miesięcy przez akcją powieści dochodzi do tragicznego wypadku, w którym ginie jedna z nich. Moorcroftowie przeprowadzają się na wysepkę, którą ojciec dziewczynek odziedziczył po zmarłej babci. W nowym miejscu mają nadzieję otrząsnąć się z żałoby. Tymczasem gdy żyjąca córka, Kirstie, twierdzi, że pomylili jej tożsamość – i że w rzeczywistości jest Lydią – koszmar powraca. Wyspa Torran okazuje się miejscem, w którym rodzinie przyjdzie zmierzyć się z tym, co skrywa ich przeszłość.


Przyznaję się bez bicia - książka zwróciła moją uwagę najpierw klimatyczną, intrygującą okładką. Później natknęłam się na jej opis (chociaż odbiegający minimalnie od fabuły, ale - dzięki Bogu! - wolny od jakiś szczególnych spojlerów), który zaciekawił mnie jeszcze bardziej. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, by dorwać Bliźnięta z lodu i zagłębić się w lekturze, nie mogłam nie skorzystać!

Cała powieść przesiąknięta jest mroczną atmosferą, bólem żałoby i tragedią rodziny Moorcroftów. Styl autora mnie oczarował. Aura historii dotykała mnie dogłębnie, co chwila wywołując dreszcze. Nastrój powieści, oprócz ogólnego smutku, wionie chłodem wprost ze szkockiej wysepki. Torran została opisana z taką dokładnością, że możemy sobie wyobrazić każdy jej szczegół, a wczucie się w historię nie stanowi żadnego problemu. Jesienno-zimowy klimat, wyniosłe szczyty, chłodne wilgotne wiatry i ogólny trud życia na praktycznie odciętej od świata wyspie zupełnie mnie odurzyły. Thriller ten wciąga dogłębnie, ma się wrażenie bycia naocznym świadkiem wydarzeń.
I zapewniam Was - bez ciepłego koca i gorącej herbatki ciężko będzie wytrzymać. Historia naprawdę mrozi krew w żyłach! Warto tu też dodać, że autorowi udało się zaskoczyć mnie zakończeniem, co zdarza się coraz rzadziej. Rozwiązanie historii przyprawia o dreszcze, wierzcie mi.

„I to fatalne zamazanie tożsamości zamarzło, utrwaliło się,
jak rysa na lodzie.”

Bohaterowie wykreowani przez S. K. Tremayne'a zapadają głęboko w pamięć. Angus - ojciec i mąż, silny mężczyzna pogrążony w żałobie i nałogu alkoholowym, . Sara - krucha żona, która wydaje się wręcz bać męża. Kirstie-Lydia - mała zagubiona dziewczynka, której zaciera się tożsamość. Oni wszyscy, a także cała śmietanka innych genialnie wykreowanych postaci stanowiących tło głównej historii, sprawiają, że od Bliźniąt z lodu naprawdę ciężko się oderwać - chociaż przy czytaniu potwornie się marznie...

Bliźnięta z lodu to naprawdę intrygująca historia z zaskakującym, przyprawiającym o dreszcze zakończeniem. Pełna chłodu początków zimy, zapierających dech w piersiach - ale jednocześnie przytłaczających - krajobrazów szkockich wysp, opowiadająca mrożącą krew w żyłach historię powieść wydaje się idealna na jesienne wieczory z herbatą i ciepłym kocykiem. Ekstremalne wrażenia, mnogość domysłów i ogólne rozstrojenie emocjonalne - zapewnione! Polecam serdecznie, bo to kawał dobrej pisarskiej roboty.



Za możliwość zapoznania się z tą powieścią
chciałabym serdecznie podziękować księgarni internetowej Matras 



~*~
Ktoś z Was już może czytał? Jak wrażenia?
A może macie zamiar dorwać tę niezwykłą historię już wkrótce...?
Mogę Wam ją serdecznie polecić, mnie naprawdę zachwyciła!




40. ,,Wyścig Śmierci" - M.Stiefvater

środa, 14 października 2015 3 komentarze:

 Tytuł oryginału: The Scorpio Races
Tytuł polski: Wyścig Śmierci
Autor: Maggie Stiefvater
Data premiery: październik 2012
Wydawca: Wydawnictwo Wilga
Ilośc stron: 487
Czas czytania: 3 dni

Jest pierwszy dzień listopada, więc dzisiaj ktoś umrze.
 Każdego roku na wyspie Thisby odbywa się Wyścig Skorpiona. Jeźdźcy na swoich rumakach, pięknych, lecz śmiertelnie niebezpiecznych koniach wodnych muszą zrobić wszystko, aby dotrzeć do mety. Stawka jet wysoka - życie albo śmierć.

On - dziewiętnastoletni Sean Kendrick - zwyciężył w wyścigu już cztery razy. Tej jesieni będzie walczył nie tylko o przeżycie, lecz także o swoją przyszłość i ukochanego rumaka.
Ona - Kate "Puck" Connoly - jest pierwszą kobietą, która odważyła się wystartować w wyścigu. Musi wygrać, aby ocalić swoją rodzinę i dom.
Zwycięzca może być tylko jeden.
~ od wydawcy

Zacznijmy od początku...
Jest październik i zbliża się Wyścig Skorpiona. Sean Kendrick znowu chce wystartować w wyścigu, aby wreszcie odzyskać swojego rumaka, Corra, który jest eich uisce potocznie zwanym koniem wodnym. Kate Connoly postanawia wystartować w tym okropnie niebezpiecznym wyścigu, aby uratować swoją rodzinę. Nie posiada konia wodnego, a nawet się ich boi. Zapytacie się teraz, to jaki jest sens? Otóż zwykła dziewczyna pragnie wziąć udział na swojej, zwykłej klaczy Dove, wśród krwiożerczych, ogromnych "koników". Czy to dobry pomysł? Przekonajcie się sami!









Powieść jest idealna na jesień, ponieważ akcja toczy się w listopadzie. Jest to jedna z niewielu książek, która tak dobrze oddaje atmosferę. Przez cały czas miałam wrażenie, jakbym stała pięć metrów dalej i wszystko oglądała. Bohaterowie są świetnie wykreowani i z łatwością ich sobie wyobraziłam. Styl Pani Stiefvater jest wyjątkowy i dla tego zachęciła mnie do sięgnięcia po jej kolejne książki, co z całą pewnością za jakiś czas uczynię.

,,Jeśli "Wyścig Śmierci" nie przypomina ci niczego, co do tej pory czytałeś, to dlatego, że tak właśnie jest" ~ The New York Times 

Moje serce oczywiście podbił Sean. Kto by nie pokochał przystojnego, delikatnego dziewiętnastolatka? Darzę go uwielbieniem, bo jego zachowanie wobec koni było naprawdę delikatne. Zawsze starał się być opanowanym, ale nie okazywał swoich uczuć. Kate Connoly również bardzo polubiłam, chociaż jak dla mnie była bardzo roztrzepana, ale ja też taka jestem! Myślę, że jesteśmy do siebie bardzo podobne i nawet się do niej w którymś momencie upodobniłam.

,,Czasami wystarczy, że dzieli się z kimś swoja wściekłość, żeby poczuć się lepiej."

Książka była dla mnie wręcz wyborna! Czytałam ją cząstkami, aby jak najdłużej się nią "delektować".  Myślę, że była dla mnie strzałem w dziesiątkę, bo również kocham konie i trochę inaczej przeżywałam niektóre momenty. Polecam jednak każdemu. Tej osobie co kocha konie, lub też nie. Jest to czysta fantastyka. Znajdziemy tu drobny wątek miłosny, ale to przede wszystkim przyjaźń jest na pierwszym planie.
Serdecznie polecam!

★★★★★★★★★★

Mrs. Crazy

39. Wredne Fae, wywerny, Dziwki Adarlanu i ocean cierpienia

niedziela, 27 września 2015 9 komentarzy:






Seria: Szklany Tron/Throne of Glass
Tytuł: Dziedzictwo Ognia/Heir of Fire
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 654

















Celaena Sardothien przeżyła już wiele – brutalne szkolenia, niewolę, turniej o pozycję Królewskiej Obrończyni… Tym razem jednak przyjdzie się jej zmierzyć z własnymi demonami, z ciężarem jej dziedzictwa. Aby uzyskać informacje – kluczowe w wojnie z okrutnym królem Adarlanu – musi nauczyć się panować nad ogniem, który nosi w sobie. Podczas gdy codziennie ćwiczy pod czujnym okiem nieśmiertelnego Rowana, król wciela w życie kolejne z jego mrocznych planów. Jednak i na dworze władcy zawiązują się sojusze, mające na celu zakończenie jego panowania i przywrócenie magii na kontynencie.

Celaena, nieświadoma tego, co się dzieje w Rifthold, ma jeden cel – dostać się do legendarnego Doranelle, którym rządzi Maeve, i uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Jak jej władca zdołał usunąć magię? Co zrobić, by ją przywrócić? Jednak opanowanie jej mocy to niejedyna rzecz, z którą będzie musiała się przedtem zmierzyć – król Adarlanu już o to zadbał. Czy dziewczynie uda się wyjść cało z koszmaru, jaki zgotował jej władca pozbawionego magii kontynentu? Co jeszcze planuje król? I jaki los czeka rebeliantów?




Uprzejmie uprzedzam, że wszystko poniżej zawiera spojlery do poprzednich części.

No i od czego tu zacząć? Mogłabym powiedzieć, jak bolało czekanie na tą książkę, jak prawie umarłam, kiedy tydzień przed premierą się dowiedziałam, że mój egzemplarz czeka na odebranie w empiku, jak pobiłam osobisty rekord prędkości idąc po nią... Ale najważniejsze, co powinnam tu napisać, to ostrzeżenie. Ta seria zabija. I nie, nie jest to taka szybka śmierć. Umierałam, umarłam, umieram, będę umierać dalej, a na koniec autorka zniszczyłaby moją duszę, gdybym nie sprzedała jej za kolejne części. A w dodatku jak już się zacznie, to chce się więcej. Możesz mieć zniszczoną psychikę, cierpieć razem z postaciami, wiedzieć, że następne rozdziały tylko bardziej cię zranią, ale i tak cały czas nie ma się dosyć. W dodatku każda książka wypada coraz lepiej, naprawdę, po każdej książce stwierdzałam, że to już chyba szczyt, że lepiej nie może być, że postacie nie mogą bardziej cierpieć, być przeze mnie jeszcze mocniej kochane lub nienawidzone, ale nie. Zawsze się mylę! A najgorsze jest to, że wiem, jaką przyjemność to sprawia autorowi!
Naprawdę jest tyle rzeczy, o których chciałabym tu powiedzieć i nie wiem, od której strony to ugryźć. Tyle cudownych postaci i znanych i zupełnie nowych, tyle uczuć, cudownych cytatów (zaznaczyłam dokładnie 52, chociaż powinnam zaznaczyć całą książkę, a najwięcej poszło na Doriana, Aediona, Celaenę i Rowana, no cóż, to chyba nazywa się obsesja), nowych informacji, no i jak tu nie kochać tej książki? A już znam spojlery do czwartej części, aż dziwne, że jeszcze nie wybuchłam. Chyba powinnam się uspokoić. (Nope.)
Na początku byłam trochę niepewna, czy aby na pewno po takiej długiej przerwie (Koronę w Mroku czytałam gdzieś w styczniu, nowelki w czerwcu) dam radę się wczuć w fabułę, czy czegoś nie zapomnę i tym podobne. No i pierwsze zaskoczenie – pierwsze zdanie od razu mi przypomniało, czemu tak bardzo kocham główną bohaterkę, całą serię i autorkę. Spodziewałam się innego początku, sądziłam, że Celaena wybierze się na dwór Ashryverów czy coś w tym stylu... Tymczasem książka zaczyna się od zabójczyni leżącej na dachu, kradnięcia chleba i wina... Chwila, co? Grunt, to zaskoczyć czytelnika już na początku. Ale tak spokojnie za długo nie będzie. Fabuła opiera się głównie na treningu Celaeny pod okiem niezwykle „uprzejmego” Rowana, chociaż głównie polega on na tym, że co chwila pakują się w kłopoty, kłócą się, obrażają... Gdyby nie to, że nie chciałam brudzić książki tłustymi śladami, zrobiłabym sobie popcorn i na okrągło czytałabym ich kłótnie. Są jeszcze dwa główne wątki: wydarzenia na dworze w Adarlanie, sporo tu perspektywy Chaola, bo to głównie z jego inicjatywy dzieje się dość sporo, a trzecim są wiedźmy i wywerny. Tak, Maas postanowiła rozwinąć wątek wiedźm i dała do tego wywerny i za to kocham ją jeszcze bardziej! No i tutaj poznajemy Manon, dziedziczkę Czarnodziobych. Bogowie, kolejna postać do uwielbiania i kolejna, która sporo namiesza! Bardzo chciałabym wiedzieć, gdzie przyjmują do ich sabatów, gdzie można dostać własną wywernę, zgłosiłabym się bez zastanowienia! Wątek Manon i jej Abraxosa jest naprawdę cudowny, kojarzy się trochę z „Jak wytresować smoka” tylko jest pozbawiony bajkowej otoczki, brutalniejszy no i to jednak wiedźma bez serca i krwiożercza bestia wyhodowana przez najbardziej przeżartego złem króla. Zabawne, mam przeczucie, że w końcu staną po drugiej stronie barykady.
Kolejną rzeczą, za którą kocham te książki są cudowne opisy i kreacja świata. Chciałabym wiedzieć, na czym Maas się opierała tworząc chociażby mitologię Erilei. Czasami myślę, że nastąpiło tu zderzenie najróżniejszych mitologii, w tej części sporą rolę odgrywają Fae, dodajmy do tego inne wymiary, demoniczne książęta, magię. W połączeniu ze sobą całokształt wygląda jak moja nowa miłość. I naprawdę podziwiam autorkę za to, że tak zręcznie łączy to wszystko w spójny twór, w którym każdy element odgrywa jakąś rolę. Gdybym ja tak potrafiła...! Trzeba też zauważyć, że to trzecia część z prawdopodobnych sześciu, jesteśmy dokładnie w połowie, a ja naprawdę nie jestem w stanie wiele przewidzieć. Dowiadujemy się rzeczy, które pomagają odnaleźć się w fabule, ale mam wrażenie, że praktycznie żaden z wątków nie dostał jeszcze swojego zakończenia, a udało mi się też wyczytać, że po czwartej części wcale nie mamy o wiele więcej wskazówek, podobno większość jest po prostu dalej rozwijana. Wydaje mi się, że tak naprawdę dopiero ta ostatnia część będzie wielkim wyjaśnieniem. To tak, jakby kolejne części były dopiero przygotowaniem do wielkiego wybuchu, a skoro teraz czuję się, jakby Dziedzictwo Ognia było bombą masowego rażenia, to na koniec czeka mnie coś na skalę powstania wszechświata.
Może przez chwilę zajmę się Fae. W tej serii naprawdę zakochałam się w tej rasie, wykluczając Maeve, która jest wstrętną żmiją godną porównania do Walburgi Black, tylko nieśmiertelnej i bezdzietnej. Ale wracając do samej rasy, Celaena spędza sporo czasu mieszkając między pół-Fae z dodatkiem jednego, upierdliwego Rowana, którym zaraz się zajmę. Autorka poszerza historię o różne tradycje Fae, moją ulubioną jest chyba ta z wybieraniem sobie towarzysza życia (dooobra, cudowne jest to, że nie jest to jak małżeństwo, a bardziej jak parabatai z Kronik Nocnych Łowców z przyzwoleniem na relację romantyczną).

Towarzysz życia – a nie mąż. Fae mieli towarzyszy, z którymi tworzyli nierozerwalne związki, silniejsze od małżeństwa, wykraczające poza ich śmiertelne życie.”

A najcudowniejsze jest to, że mamy taką relację przedstawioną na przykładzie dwóch pół-Fae, dokładniej dwóch mężczyzn. (Yhym, typowe dla mnie, zwracam uwagę na relację dwóch facetów, okay, każdy ma swoje dziwactwa, moje są po prostu większe.) Czasami naprawdę miałam wrażenie, że to coś, jak parabatai, szczególnie, kiedy Malakai robił się nadopiekuńczy wobec Emrysa i warczał na Celaenę. Kolejną trochę podobną tradycją jest przysięga krwi. Jest tylko taka różnica – ktoś, kto złożył tą przysięgę, jest wobec drugiej osoby uległy. (Rowan ma to w głębokim poważaniu, no ale cóż, Rowan rulz.) I to był jeden z powodów, dla których znienawidziłam Maeve, wykorzystywała ludzi, którzy składali jej przysięgę w sposoby godne typowej żmii. Na koniec jest jeszcze jeden rodzaj więzi, który nie zobowiązuje do żadnych uczuć bądź oddania żadnej ze stron, nie jest też to coś, co się wybiera. Carranam – dobra, to jest w jakiejś innej mowie i nie ma żadnego tłumaczenia. Polega to na zgodności magii dwóch osób, w takim wypadku mogą one sobie nawzajem pomagać, jeśli „zapas” magii jednej z nich będzie na wyczerpaniu, może skorzystać z „zapasów” drugiej osoby. Naprawdę uwielbiam takie rzeczy, kocham różne takie rodzaje więzi, a tu jest ich do wyboru, do koloru!

A tutaj mogą pojawiać się spojlery do części trzeciej, nie są one jakieś potwornie wielkie, ale wszystkim osobom wrażliwym na takie smaczki polecam przejść do ostatniego akapitu.

Kochliwe ze mnie stworzenie, jeśli chodzi o postaci fikcyjne, a teraz się okazuje, że czasami zaczynam kochać postaci żeńskie praktycznie tak jak męskie. Panie i panowie, Aelin Ashryver Galarthynius znana też jako Celaena Sardothien, mój pierwszy damski książkowy crush, a zaraz za nią Manon Czarnodzioba. Jeśli kiedyś ktoś chciał robić skład żeńskich postaci, które razem mogłyby powalić Hulka na kolana, a przy okazji mieć niesamowicie cudowne charaktery, one dwie powinny im dowodzić.

Gdy Aelin powróci, rozpęta taką burzę, że masakra urządzona przez króla dziesięć lat temu wyda się niewinnym żartem.”

W tej części mamy jako tako przedstawioną przemianę Celaeny w Aelin. Na początku zabójczyni nawet nie chce słyszeć swojego prawdziwego imienia, nie chce myśleć o swoim dziedzictwie, boi się magii, a to przez to, że dokładnie pamięta, jak wyglądało życie Aelin. To było dla mnie wielkim zaskoczeniem, byłam przekonana, że dziewczyna ma dziury w pamięci, takie wnioski wyciągnęłam z poprzednich części, a ona po prostu się tego wypierała. Tak naprawdę dopiero pod koniec książki w końcu zaczyna to akceptować. Autorka zrobiła to w naprawdę cudownym stylu dając nam naprawdę sporo wspomnień dziewczyny. Bogowie, tam był nawet mały Dorian na kucyku, mały Dorian krojący chleb nożem i widelcem, chyba zbaczam z tematu ale wyobraźcie sobie jak mały książę kroi chleb nożem i widelcem!

Nikt nie mógł jej ocalić. Nikt nie był w stanie wkroczyć w ciemność i przeżyć.”
Nie mogła odbić się od dna. Nie było nic poniżej. Nie miała dokąd się udać. Nie potrafiła schować się przed prawdą.”

Mam też słabość do postaci, które myślą, że upadły. Wystarczy, że przypomnę sobie o Willu Herondale'u. A tu mamy Celaenę, która całe życie powtarza sobie, że trafi do piekła. Kocham cierpiące postacie, chociaż takie najbardziej mnie ranią, a ona jest jedną z tych, których życie w dużym stopniu składa się z cierpienia.

Aelin, Władzyni Dzikiego Ognia. Aelin, Ogniste Serce. Aelin Niosąca Światło.”

O, a tu mam coś, co chyba nadinterpretuję, tak uczciwie przypomnę, że Niosący Światło, to inaczej Lucyfer. A co mam jeszcze do powiedzenia o Aelin czy Celaenie? Kocham jej charakter, jest jedną z tych postaci, które nie przeginają w żadną stronę, nie jest ciepłą kluską, nie jest nieznośną Mary Sue ani totalnym badassem, nie zachowuje się jakby wszystko wiedziała, ale pokazuje pazurki praktycznie na każdym kroku. Aż chce się krzyknąć „No w końcu!”, bo naprawdę... Czemu większości autorów tak wiele postaci żeńskich nie wychodzi? No właśnie, albo zbyt przemądrzała, albo tylko rzuca się z kąta w kąt i nie wie, co ma robić, bo, bo, bo (najczęściej bo trójkącik miłosny), albo robi coś tak idiotycznego, że chce się przypierdoczyć głową w ścianę, a potem jeszcze panienka ma o to fochy i pretensje do wszystkich poza sobą i taaaaak dalej.

Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i nie było w niej strachu.”

A to w tłumaczeniu znaczy, że Aelin już leci kogoś skopać. I to idealne zdanie na zakończenie książki, chociaż... NO JA DALEJ NIE ROZUMIEM JAK MOŻNA URWAĆ W TAKIM MOMENCIE!
A teraz na tapetę idzie Manon Czarnodzioba, dziedziczka Martony Czarnodziobej, przywódczyni najsilniejszego sabatu ich rodu. O Manon mogę powiedzieć, że jest kolejnym zaskoczeniem. Niby wiedźma bez serca, bezwzględna i krwiożercza, a jej zachowanie w pewnych momentach odbiega od norm. Tutaj wspomnę, że jestem naprawdę wielką przeciwniczką znęcania się nad zwierzętami, nawet jeśli to wielkie, niebezpieczne wywerny i dlatego Manon dostała ode mnie ogromne plusy. Prawie się rozkleiłam przy scenach z wywerną wystawioną na przynętę dla innych wywern. A potem stwierdziłam, że kocham Manon za sam fakt, że może i z przypadku, ale uratowała tą „przynętę”, a w dodatku ją wybrała, a to nie był jedyny taki moment. Poza tym znowu, dziewczyna ma tak ukształtowany charakter, że ani trochę mnie nie irytuje, bogowie, ja czekałam na rozdziały z nią jak dziecko na Gwiazdkę!
Kolejną postacią, którą mamy tu wprowadzoną jest Aedion Ashryver, kolejne zaskoczenie, kolejna miłość. Kochałam go od samego początku, chociaż chyba powinnam go wtedy znienawidzić. Mogę o nim powiedzieć jedno, jest idealnym przykładem niesamowitego działania genetyki. Jeśli kochacie Aelin, Aediona też pokochacie. Nawet, jeśli jest generałem jednego z najlepszych oddziałów króla Adarlanu.

„– Może więc kiedyś i ja stanę się twą dziwką?
– Wątpię, byś dożył tych czasów – prychnął książę.”

Bezczelność pełną gębą. Mamy też cudowną scenę, jak Aedion wpycha Doriana w krzaki róż. Ale chwila, stop. Przypominam, że ma na nazwisko Ashryver, tak, kuzyn Aelin. No zgadujcie, czy mógł zdradzić swoją królową. Ja powiem tak, znowu Maas wykazała się talentem do tworzenia postaci i zaskakiwania czytelników, a nie mogła też odpuścić dodania do tego przynajmniej odrobiny cierpienia.

Aediona Ashryvera zwano Wilkiem, generałem, księciem, zdrajcą i mordercą. Był każdą z tych osób, a do tego wieloma innymi. Najbardziej lubił jednak stawać się kłamcą, oszustem i manipulatorem, o czym wiedzieli tylko ci, którzy byli mu najbliżsi. Ci, którzy go nie znali, nazywali go Dziwką Adarlanu. Było w tym określeniu wiele prawdy, tak wiele, że Aedion nigdy mu się nie sprzeciwiał.”

„– Ale tron z rogów został spalony, Aedionie. Królowa nie będzie miała gdzie zasiąść.
A więc zbuduję nowy, z kości jej wrogów.”

No właśnie. Jeśli ktoś potrzebował zobrazowania całej tęsknoty ludu Terrasenu, ich tragedii, wierności i gotowości do walki za Aelin, to Aedion jest do tego idealny. Cały czas daje do zrozumienia, że jest w stanie zrobić wszystko dla Aelin i dla buntowników. Znowu dostaję więcej cierpienia i cudownego charakteru do kochania!

„– Możecie spłonąć w piekle, potwory, bo nadchodzi moja królowa, a ona przybije was do ścian tego cholernego zamku. Ja zaś nie mogę się doczekać chwili, gdy pomogę jej wypruwać z was flaki, świnie!”

Ding, ding, ding, dziesięć punktów dla Ashryvera. Napisałabym, co zrobił chwilę wcześniej, żeby jeszcze lepiej zobrazować, jak bardzo kocha Aelin, ale takiego spojlera nie dam.
A jak już w tematach cierpienia się poruszamy to czas na mojego ukochanego dzieciaczka! Dorian Havilliard, mój najcudowniejszy książę... A co mi tam! Mój król! I guzik mnie obchodzi wszystko, Chaol doskonale go określił jako prawdziwego króla. I w nim kocham naprawdę wszystko, od początku, do końca, od krojenia chleba widelcem, do składowania w komnatach gigantycznych stosów książek. Bogowie, przysięgam, jakby taki Dorian istniał, rzuciłabym zasadę „mam wywalone na związki, a tobie zasugeruję zainteresowanie facetami”! W dodatku jest w nim tyle cierpienia (to chyba najczęściej powtarzające się słowo w tym poście...), a to tylko przez to, że chce chronić swoich bliskich. Naprawdę, kiedy porównuję go z jego ojcem zastanawiam się, jak to się stało, że z kogoś tak okropnego powstał ktoś tak cudowny. Na chwilę obecną mam tyle materiałów, że napisanie czegoś w stylu „Czemu król Havilliard jest najgorszym rodzicem pod słońcem, nawet jeśli uwzględniasz Kronosa, Vlanetine'a Morgensterna i Walburgę Black?”. Ten człowiek jest po prostu... Ugh! Cały czas mam wrażenie, że już nie da się być gorszym, a potem on znowu coś robi i nienawidzę go jeszcze bardziej! A wracając do Doriana, chciałabym go przygarnąć do siebie i schować przed wszelkim złem.

Nie był w stanie uciec przed swą koroną.”

Oh honey... Kolejne trafione stwierdzenie. Jak tu napisać cokolwiek o jakiejkolwiek postaci, skoro autorka daje tak idealne definicje? W tym jest praktycznie wszystko, co powoduje cierpienie Doriana. Bo gdyby nie to, że jest księciem i musi zostać królem, bo jego brat byłby jeszcze gorszy od ich ojca, to już dawno rzuciłby wszystko i pewnie stanąłby po innej stronie. Poświęca praktycznie wszystko dla przyjaciół, a to, co dzieje się na koniec... Uh, serio, jeśli myślisz, że Twoi rodzice są okropni, pomyśl o Dorianie.
A na koniec Rowan. Kuźwa, wiecie, co mnie zirytowało? Tłumaczenie jego nazwiska! Nie wiem, czy to miało jakiś cel, ale „Rowan Biały Cierń” brzmi zbyt słabo jak na tą postać. Jeśli szukacie księcia z bajki, to Rowan na pewno nie jest dla Was. Nie przyjedzie na białym koniu, za to przyleci jako biały jastrząb. Nie będzie miły, powie, że masz coś zrobić, bo „tak postanowił”, jeśli będzie trzeba, doprowadzi cię na skraj wytrzymałości, żeby osiągnąć efekt.

Nie wolno gryźć kobiet innych mężczyzn.”

Nie mam pytań, Rowan, po prostu nie mam pytań! Nie każdy go polubi, bo niezły z niego upierdliwiec, ale chyba najbardziej to w nim lubię, bo dzięki temu tak się kłóci z Celaeną. A jakie te kłótnie są złote! Poza tym pan dołącza do składu „Nieśmiertelność jest do bani”. Ale powiem też, że wszystko robi z jakiegoś powodu, to, jak traktuje Celaenę, ma ją zmobilizować i wcale nie jest tak, że się nią nie przejmuje. Co mogę powiedzieć? Jego po prostu trzeba zrozumieć. Na początku trochę mnie wkurzał, ale idzie się do niego przekonać, a jego relacja z Aelin jest rozwalająca.


Podsumowując: jeśli czytaliście Szklany Tron, to raczej nie muszę Was przekonywać, do sięgania po kolejne części, ale mogę obiecać, że Dziedzictwo Ognia zrobi na Was jeszcze większe wrażenie. Naprawdę, autorka z każdą kolejną częścią wydaje się pisać coraz lepiej, tak samo postacie biją kolejne rekordy w podbijaniu mojego serca lub wręcz na odwrót. Jak już zacznie się czytać, to praktycznie nie chce się odkładać książki, ewentualnie może pojawić się chęć rzucenia książką. Nie mam do czego się przyczepić, poza tym tłumaczeniem nazwiska Rowana. Podziwiam autorkę za to, jak wszystko musiała zaplanować, nie mam pojęcia, przez ile czasu to dopracowywała, ale efekt powala na kolana. Nie zostaje mi nic innego, jak dać 10/10 i z niecierpliwością czekać na kolejne części.

Labirynt był dopiero początkiem.

środa, 23 września 2015 1 komentarz:
Reżyseria: Wes Ball
Scenariusz: T. S. Nowlin
Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Produkcja: USA
Premiera: 9 września 2015 (świat), 18 września 2015 (Polska)
Czas trwania: 2 godziny 12 minut
















Dobra, po pierwsze: nie mam pojęcia, czemu opisy filmu są praktycznie takie same, jak książki, a w filmie dzieje się zupełnie inaczej. Taki mały trolling? Albo nie wiem co. Może po prostu twórcy lubią, kiedy ludzie podczas oglądania ich filmu nagle wrzeszczą „Ale, że co?!” (no i nie tylko to). Okay, to może jeszcze powiem, że jak na razie to ekranizacje tych książek bardziej urywały mi dupsko niż same książki. Nie przeczytałam jeszcze „Leku na śmierć”, bo po drugiej części potrzebowałam (i chyba dalej potrzebuję) odpoczynku od tego autora. Bo ogólnie, to sam pomysł jest super, postacie z reguły są spoko (Newt, Minho, kocham ich!), no poza książkowym Thomasem, któremu mam ochotę trzasnąć w łeb, żeby już się zamknął, ugh, gdyby chociaż część rozdziałów była pisana z perspektywy innych bohaterów, z wyjątkiem Tereski, która jest chyba największym minusem tej serii. Nie cierpię jej! Jest numerem dwa najbardziej znienawidzonych przeze mnie bohaterek żeńskich, zaraz po Annabeth! A w filmie było tyle okazji, żeby ją zabić...
Powiem szczerze: ten film rozpi... rozwalił (kultura, Lucy!!!) mi mózg. Kilka razy musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie zacząć wrzeszczeć na ekran. Gdyby na sali nie było jeszcze kilkunastu innych osób mój kumpel miałby ze mnie niezły ubaw. (Dobra, i tak miał, komentowanie filmu tekstami „Tyle gruzu, a cyganów brak?!”, „Możesz znaleźć lek na Pożogę, ale matury z biologii nie zdasz, bo klucz tego nie przewidział!”, „No homo, but homo!” to ze mną standard.) No i tak powstało to:












Jestem okropnym człowiekiem i jestem z tego dumna. No a czemu film mnie tak rozwalił? No cóż, po przeczytaniu książki myślałam, że będę wiedziała czego się spodziewać. Hahaha, naiwne stworzenie! Twórcy zmienili fabułę, w filmie nie DRESZCZ wysyła Streferów na Pogorzelisko, a oni sami uciekają i zaczynają szukać pomocy. Można się nieźle zdziwić jeśli czytało się książkę. Teoretycznie powinno się wiedzieć, co się stanie, prawda? No i momentami tak jest, ale najczęściej czułam, że chyba mój mózg wylądował na starszą parką za nami. Kilka razy chciało mi się wrzasnąć „Nawet nie próbujcie tego robić!”, „Ej, stop! To nie tak!”, „Co?! CO?!”, ale i tak najczęściej było to „Zabijcie Teresę!”. (SPOJLER: I była taka cudowna okazja. Ugh, Thomas, ciapo, było ją zrzucić z tego klifu czy co to było, kiedy wam powiedziała, że wydała was DRESZCZowi! KONIEC.)
Ogólnie film był dla mnie o wiele lepszy niż książka, z którą męczyłam się kilka tygodni. Naprawdę rzadko mówię takie rzeczy, ale ta jedna seria to jakiś taki wyjątek. Widać, że w produkcję włożyli sporo pracy, a aktorzy... O bogowie! Większość z nich uwielbiam (haha, te piski za każdym razem, kiedy widziałam cudowną twarzyczkę Thomasa Bordiego Sangstera + ja wiem, że oni tam tymi wszystkimi szalikami osłaniali twarze, ale różowy/fioletowy szaliczek Newta był po prostu cudowny, wyglądał w nim tak rozbrajająco...), no i większość filmu wyglądałam za Katherine McNamarą, żeby się przekonać, jak radzi sobie z grą aktorską jeszcze przed Shadowhunters, tylko, że jej postaci było jak na lekarstwo, więc czekam dalej... No i zapomniałam wspomnieć o Poparzeńcach. Merlinie, jeśli boicie się motywów z zombie, to lojalnie ostrzegam, możecie najeść się strachu. (Tak, boję się takich rzeczy, możecie się śmiać. Przynajmniej strachu się najadłam, bo wszelkie zapasy jedzenia wepchnęłam w siebie na reklamach. Czemu one zawsze tyle trwają? Eh, przynajmniej był zwiastun Przebudzenia Mocy! I poszłam w offtop.) Film polecam wszystkim, poza wiernymi fanami książkowej serii, którzy pewnie zjedzą sobie paznokcie, bo będą im przeszkadzały niezgodności. (Pamiętajmy, że paznokcie to ważna rzecz, nawet, jeśli Percy szuka Pioruna Zeusa mając 16 lat, historia rodziny Albusa Dumbledore'a została pominięta, a Alec ma kwadratową szczękę... Dobra, cieszę się, że nie hoduję długich pazurów!)

38. ,,Fangirl" ~ Rainbow Rowell

poniedziałek, 21 września 2015 5 komentarzy:


Tytuł: Fangirl
Autor: Rainbow Rowell
Tłumaczenie: Magdalena Zielińska
Wydawnictwo: MoonDrive (Otwarte)
Ilość stron: 454

Wren i Cath to siostry bliźniaczki ,,podobne" do siebie jak ogień i woda. Wren chce w życiu spróbować wszystkiego. Lubi imprezować, randkować i poznawać nowych ludzi. Cath woli siedzieć w ich wspólnym pokoju i pisać fanfiction do książki, która zawładnęła całym jej światem. Jest fanką nastoletniego czarodzieja Simona Snowa. Wróć! Jest Prawdziwą Fanką, która... ma swoich własnych fanów, bo pisze fanfiki o Simonie.
     Mimo, że tak różne, dziewczyny są nierozłączne.
Gdy bliźniaczki rozpoczynają naukę w college'u, ich drogi się rozchodzą - Wren nie chce już mieszać z siostrą. Cath musi opuścić swój bezpieczny świat i stawić czoła rzeczywistości. Na swojej drodze spotyka Reagan (Cath prędzej dogadałaby się z Marsjaninem niż nią) i wiecznie uśmiechniętego Leviego (czy on kiedyś zrozumie co to jest przestrzeń osobista?) oraz panią profesor od kreatywnego pisania (która wszelkie fanfiki uważa za plagiaty).

,,Fangirl to opowieść o przyjaźni wbrew różnicom i
o trudnej sztuce dojrzewania. To historia o ludziach,
 którzy kochają książki tak bardzo, że staja się one 
   ich całym światem." 

Cudowna, słodka i na dodatek książka o książkach... Te słowa świetnie opisują całą powieść Rainbow Rowell. Szczególnie upodobniłam i przywiązałam się do Cath. Dziewczyna trochę aspołeczna, ale za to kochająca czytać książki. Pisze fanfiki o głównych bohaterach powieści Gemmy T. Leslie. Możemy jej powieść porównać do Harryego Pottera, dlatego ten wątek budzi tyle kontrowersji. Wcale nie dziwie się, że Cath jest zakochana w młodym czarodzieju, ja takie same uczucia żywię do Harryego, więc może dlatego tak bardzo jesteśmy do siebie podobne.♥

,,-Czytałeś książki z serii?
-Widziałem filmy.
Cath tak mocno wywróciła 
oczami, że aż ją zabolało"

 Kto tak nie miał drogie Fangirls? :)


 W książce znajdziemy również słodziutki wątek miłosny. Przede wszystkim dominuje tu przyjaźń i miłość do książek. Są to dwa główne oraz najważniejsze wątki.
  Po przeczytaniu miałam przez jakiś czas zamiar wzięcia się za nią ponownie! ♥ Naprawdę cudowna, milutka książka. W sam raz na osłodzenie zimnych dni.

,,-Żal mi ciebie, więc zostanę twoją przyjaciółką.
-Nie chcę się z tobą przyjaźnić - powiedziała
Cath tak dobitnie, jak potrafiła. - Podoba mi 
się to, że się nie przyjaźnimy.
-Mnie też. Dlatego szkoda, że to zepsułaś
swoją żałosnością."

Tej autorki czytałam również Eleonorę & Parka i uważam, że wcale nie była taka najgorsza. ;) A jednak... Fangirl podobała mi się o wiele bardziej! ♥ Ten uroczy świat prawie każdego mola książkowego... Achhh ♥ ♥ ♥ Naprawdę dziwię się, że nie brakuje mi jeszcze słów do opisania tej powieści. ♥ Po prostu KAŻDY KSIĄŻKOHOLIK MUSI PRZECZYTAĆ TĘ KSIĄŻKĘ! KAŻDY!!!

,,Jestem dziewczyną, która fantazuje
o byciu przypadkowo zamkniętą na 
noc w bibliotece."

Moja ocena końcowa: 9/10!!! ♥♥♥ Świetna książka! Polecam każdemu!

Pozdrawiam Was serdecznie!
Mrs. Crazy

 

37. Witamy w podziemnej szkole magii!

niedziela, 13 września 2015 8 komentarzy:
Seria: Magisterium
Tytuł: Próba Żelaza
Autor: Cassandra Clare, Holly Black
Wydawnictwo: Albatros






Ogień chce płonąć,
Woda chce płynąć,
Powietrze chce się unosić,
Ziemia chce wiązać,
Chaos chce pożerać.”



Dwunastoletni Callum mieszka ze swoim ojcem, który niegdyś był magiem, lecz po śmierci żony zrezygnował z czarów i postanowił wychować swojego syna jak zwykłego chłopca, ignorując budzące się w nim magiczne zdolności. Kiedy Call zostaje wezwany na obowiązkowy egzamin do Magisterium – szkoły magii, Alastair przekonuje syna, że ten powinien za wszelką cenę uniknąć rekrutacji, by nie mieć żadnych związków z niebezpiecznym magicznym światem. Pomimo katastrofalnego przebiegu egzaminu Callum zostaje przyjęty do Magisterium i zostaje uczniem Mistrza Rufusa. 
W szkole magii chłopiec zaprzyjaźnia się Aaronem i Tamarą, z którymi wspólnie zgłębia tajniki czarów i podchodzi do coraz bardziej wymagających sprawdzianów. Pomimo niepokornego charakteru i licznych wątpliwości dotyczących pobytu w szkole, Callum radzi sobie coraz lepiej i zaczyna traktować Magisterium jak swój drugi dom. 
Pewnego dnia magowie prowadzący szkołę odkrywają, że Aaron nie jest zwykłym uczniem, potrafi bowiem panować nad magią chaosu. Oznacza to, że chłopiec jest Makarem, szczególnym rodzajem maga, na którego wszyscy czekają, licząc, że przeciwstawi się Wrogowi Śmierci. Początkowo ta wiadomość wzbudza entuzjazm, jednak wkrótce Aaron zostaje porwany, zaś Call i Tamara ruszają mu na pomoc. Chłopiec musi odnaleźć zaginionego przyjaciela, mierząc się nie tylko z siłami zła, lecz także z własną przeszłością. Odkrywa niejasne okoliczności śmierci swojej matki, a także dowiaduje się o swoich owianych tajemnicą związkach z Wrogiem Śmierci. Poznana prawda postawi pod znakiem zapytania zarówno jego dalszy pobyt w szkole, jak i relację z ojcem.

Luś mówi: 9/10

Ale serio, jakim przegrywem trzeba być, żeby próbując oblać wszystkie egzaminy do szkoły magii, oblewając je w iście widowiskowym stylu i dostając najniższą notę w dziejach, dostać się do tej szkoły? Callum Hunt zaliczył taki właśnie przypał. Dodajmy jeszcze, że zajął miejsce w grupie „najważniejszego” mistrza z puli tych, którzy wybierali sobie uczniów. Nie zapomnijmy, że przez to narobił sobie wrogów… (Eh, to moja bratnia dusza! Wszystko wychodzi na opak.) Pewnie zastanawiacie się, kto chciałby oblać egzamin do szkoły magii? Ale Callowi ojciec zawsze opowiadał, że magowie z Magisterium to uosobienie zła, tak samo magia, że ze szkoły nie każdy wychodzi żywy, a i też przygotował syna do oblania Próby Żelaza. Coś nie wyszło, chłopaka zabrali do szkoły i się zaczęło. Call już na miejscu dowiaduje się, że jego matka naprawdę zginęła przez magię, ale nie z winy Magisterium, lecz w trakcie wojny z Wrogiem Śmierci. Chcąc nie chcąc musi uczestniczyć w lekcjach z dwójką przyjaciół, których również wybrał Mistrz Rufus, chociaż na początku niezbyt za sobą przepadają. W trakcie roku szkolnego okazuje się, że jeden z nich – Aaron jest makarem, magiem chaosu, który byłby w stanie zmierzyć się z Wrogiem Śmierci, a Call próbuje poznać prawdziwe motywy ojca, chociaż niewiele z tego wychodzi.
Brzmi trochę znajomo? No brzmi. Powiedzmy sobie szczerze, w obecnych czasach trudno jest uniknąć jako takiej powtarzalności, szczególnie jeśli mówimy o tematyce książek. Jeszcze zanim „Próba Żelaza” została wydana naczytałam się, że będzie to jakaś marna podróbka słynnego Harry’ego Pottera. Czemu? Nie wiem, może chodzi o szkołę magii, o przedstawioną tam historię z Wrogiem Śmierci albo o to, że jedna z autorek napisała kiedyś fanfiction właśnie do HP (i tu nie oceniam, nie czytałam). Ja jednak mam charakter małego rebelka, który musi, wyciągnąć pazurki, tupnąć nogą i powiedzieć swoje. I mówię! Magisterium to nie Potter. W obu seriach da się dostrzec podobieństwa, ale tu nic nie jest podróbką czegoś. A nawiązując już do HP – czytając „Próbę Żelaza” miałam wrażenie, że zrobiłam jakiś przeskok w czasie. Pewnie każdy Potterhead pamięta to uczucie, kiedy po raz pierwszy czytał „Kamień Filozoficzny”, ciężko stwierdzić, co to było, ale z jakiegoś powodu czuło się tą magię. Znowu się tak poczułam. Po niecałych stu stronach byłam nieuleczalnie zakochana, oczarowana, wow… No nie wiem co jeszcze, można to określić jako wielki wybuch emocji.
Dobra, nie oszukujmy się, podnoszę łapki, jestem fanką pani Clare (Magnus, Alec, Jace, Jace, Jace, Magnus, Magnus, Simon, MAGNUS, brokat, Church, Jem, Will, Peru... – sorka, mój mózg przestawia się na obroty fangirl) i kiedy coś koło roku temu na całym Tumblrze zaczęły padać informacje o jej nowej serii pisanej z Holly Black, stwierdziłam, że muszę to mieć, nawet nie wiedziałam czy będzie polskie wydanie… I mamy! I się zakochałam! Sprzedam duszę za kolejną część! ;-; Serio. Ale przechodząc od chaosu do czegoś, co chyba miało być recenzją (pozdrawiam! XD), miałam porównać „Próbę Żelaza” do „Kronik Nocnych Łowców” (nie mam pojęcia, czy ta nazwa funkcjonuje u nas, zbyt dużo czasu po angielskiej stronie Internetu). Czytając „Magisterium” nawet przez myśl mi nie przeszli Nocni Łowcy (chyba, że w kontekście crossovera, żeby nie kłamać, ale ciii). I dobrze, chociaż nie umiałam wyczuć, które fragmenty pisała Holly, a które Cassie, więc coś może w tym być. Nieważne, dwie serie, dwie zupełnie inne rzeczy… No i jednak „Próbę” może przeczytać nieco młodszy czytelnik. Nie mam też porównania do „Kronik Spiderwick” Holly, chyba nie miałam czytelniczego dzieciństwa. Whatever. Chcę powiedzieć, że niezależnie od tego, jakie miało się odczucia po „Darach Anioła”, „Diabelskich Maszynach” czy „Kronikach Bane’a”, można spróbować zaprzyjaźnić się z „Próbą Żelaza”.
Przechodząc do bohaterów: „OJEJ, MOJE DZIECIACZKI!” – wrzasnęła Lucy próbując się przecisnąć przez kartki, żeby przytulić postaci fikcyjne. Tak właśnie można zdefiniować moje odczucia do całej trójki głównych bohaterów.
Calla pokochałam od razu, najczęściej jest tak, że ten Główny Bohater jest grzecznym dzieciaczkiem, ma swoje teksty, jasne, ma przebłyski charakterku, ale koniec końców są… „grzeczni”. Na razie spotkałam się tylko z jedną postacią, która będąc po „Jasnej Stronie” była równocześnie typowym uosobieniem wredziocha, panie i panowie, Sadie Kane z Kronik Rodu Kane. Teraz do tego grona dołącza Call. I kocham tą dwójkę właśnie za wyraziste charakterki.

„ – Dlaczego musisz się zachowywać jak palant?
– Ponieważ ty nigdy tego nie robisz. Muszę być palantem za nas obu.”

Callum Hunt stał się legendarną postacią w swoim miasteczku w Karolinie Północnej, jednak nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Słynął z sarkastycznych uwag, którymi zniechęcał do siebie nauczycieli na zastępstwie, a także specjalizował się w irytowaniu dyrektorów, woźnych oraz pań ze stołówki.”

Oto definicja Calla!
Szczerze mówiąc o pozostałej dwójce powiem już znacznie mniej, ale to tylko przez to, że książka, mimo narracji trzecioosobowej, była pisana głównie z perspektywy Calluma. Ale Aaron i Tamara zajęli specjalne miejsce w moim sercu zaraz obok Calla. Wyczuwam, że między nim, a Aaronem wywiąże się cudowna więź, nie wiem jeszcze jaka, ale biorąc pod uwagę, że Aaron okazuje się magiem chaosu, a Call… no cóż, Call ma powiązania z Wrogiem Śmierci, o których wiele nie powiem, bo nie chcę zbytnio spojlerować, to mnie zniszczy. Mało tego, chcę, żeby to mnie zniszczyło. I tak samo tutaj mamy pewne rozwiązanie, za które wielbię autorki. Myśleliście, że Callum będzie tak zwanym „Wybrańcem”? Ja długo próbowałam to poukładać, bo w samych opisach książki jest wspomniane, że to Aaron ma zajmować to miejsce, a w treści jest tyle wskazań, że Call jest kimś ważnym, że serio nie da się powiedzieć, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z jakimś duetem „Wybrańców”. I w sumie znowu muszę stulić dziób, żeby nie wygadać, co się kroi. Wracając do Aarona – on jest właśnie przykładem idealnego Bohatera, miły, ułożony, nieprzeciętny, nie chce zwracać na siebie uwagi, robi to, co mu się nakazuje w imię „wyższej sprawy”. Znowu się zakochałam.
Na koniec mam Tamarę. W każdym Wielkim Trio musi być ta jedna dziewczyna, która spróbuje zapanować nad dwoma ciołkami, prawda? I do każdej takiej mam inne odczucia, uwielbiam Hermionę, nie znoszę Annabeth, Isabelle kocham… Tamara wydaje mi się jeszcze nie do końca ukształtowana, nie wiem, co o niej myślę, ale jestem bardziej skłonna ją polubić niż znienawidzić. Jako jedyna z całej trójki była wychowana na maga, przygotowana na pójście do Magisterium ale na koniec okazuje się, że też nie miała lekko. Na początku strasznie mnie irytowała przez swoje zachowanie, ale później wszystko jej wybaczyłam. I tak samo – cudowna relacja z Callem, kocham ich docinki! (No i jej koszulka „Biję się jak dziewczyna.”!)
W „Próbie Żelaza” fabuła zdaje się skupiać głównie na Magisterium i nauce Calla, Aarona i Tamary, ale dostajemy też sporo informacji o Wrogu Śmierci i wojnie z nim, pojawiają się jakieś wskazówki, co do historii ojca Calla, ale nie jest tego zbyt wiele, być może ze względu na fabułę kolejnych części. Autorki przemycają do szkoły magii faktyczną fabułę całej serii i kocham to. Chyba zjadłabym sobie paznokcie gdybym dostała tylko szkołę magii albo tylko wojnę magów! Połączenie idealne. Mamy zabawne momenty, wzruszające sceny i fragmenty, po których można powiedzieć tylko „Co?”, bo coś się stało, ale jeszcze nie ogarniasz, o co chodzi.
Trochę się rozpisałam, a pewnie i tak o czymś zapomniałam (dodajmy to do listy „Dlaczego Lucy nie powinna pisać recenzji?”). W tym miejscu próbuję wyrazić uczucia do tej książki, ale chyba będzie ciężko. „Próba Żelaza” oczarowała mnie jak podziemne korytarze Magisterium, było dziwnie (podawać grzyby o smaku pizzy i kanapki z porostami, które smakują jak tuńczyk?), zabawnie, pięknie (jak ja bym chciała zobaczyć tą szkołę!), groźnie… Muszę znowu powtórzyć, że się zakochałam. Słabo u mnie z ocenianiem książek (często jest tak, że albo sprzedaję jej duszę, albo wzruszam nad nią ramionami i stwierdzam, że to „nic specjalnego”, ewentualnie marudzę, że serio nie rozumiem, co ludzie w niej widzą), ale się postaram. Daję 9/10, bo wszystko było na swoim miejscu, chcę już kolejną część, ale zabrakło mi opisania szerzej świata magów. Był wątek z Wrogiem Śmierci, było Magisterium, ale nic poza tym. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach zostanie to nadrobione.

Hej, cześć, bonjur, Lucy jestem! I pewnie wszyscy już myślicie, że coś jest ze mną nie tak. (Ps. Nie mylicie się.) Jestem tu nowa, walnięta i chyba spadłam z kosmosu. TYLKO MNIE NIE ZJEDZCIE! Nie jestem smaczna! Tak tylko chciałam się przywitać i powiedzieć, że jestem dobrym stworzonkiem po Ciemnej Stronie Mocy, więc nie trzeba się mnie bać. 

Popularne posty