Czego potrzebuje Fangirl? - MoondriveBox

wtorek, 27 grudnia 2016 Brak komentarzy:
Zawsze musi być ten pierwszy raz. MoondriveBox jest jednym z kilku dostępnych w Polsce boxów książkowych. Ja kojarzę głównie EpikBoxy, ale wydawnictwo Moondrive w przeciwieństwie do ekipy Epika zawsze informuje jakie książki znajdą się w środku. W sumie dzięki temu zdecydowałam się w końcu coś od nich zamówić. Inaczej bym nie ryzykowała, bo większość książek z tego wydawnictwa nie trafia w mój pokrętny gust. No i usłyszałam, że znajdą się tam „Bratnie Dusze”. (To był ten moment, kiedy pożegnałam się z wizją ciepłego obiadu na kolejne cztery dni.) Stwierdziłam, że w sumie to można spróbować. „Fangirl” jeszcze nie miałam, w sumie nie planowałam kupić dopóki się nie dowiedziałam, że są tam jakieś fragmenty o Bazie i Simonie. (Za tych idiotów zabiorę się za jakiś czas.)
Zacznijmy od zawartości: ŁHI CZERWONE FARFOCLE I FOLIA BĄBELKOWA, KOCHAM ŻYCIE! Poza tym i wspomnianymi już książkami w pudełku znalazły się: przecudowne i jeszcze cieplejsze skarpetki, dwie zakładki, naszywka, świąteczna kartka (z tym OTP to trafione jak nie wiem, ale o łyżwiarstwie nic nie mówię!), dwa magnesy, ocieplacz do rąk, lizak – laseczka, której nie pokażę, bo zniknęła niedługo po odpakowaniu i kod na ebooka. Większość, jak dla mnie, jest jak najbardziej trafiona, szczególnie te skarpetki i ocieplacz, tylko ebook („Podaruj mi miłość”) akurat mi niezbyt pasuje. Nie moja tematyka, chociaż i tak przeczytam, skoro już dostałam. Jeśli znajdzie się jeszcze jakiś box z książką, która mnie zainteresuje, na pewno zamówię.
„Bratnie Dusze” przeczytałam prawie od razu, więc od razu się wypowiem. Gwiezdne Wojny – ok, macie mnie! W sumie tylko tyle mi wystarczyło, żeby zainteresować się tym opowiadaniem. Urocza historia nerdów czekających na najnowszy epizod w naprawdę amerykańskim stylu – kolejce pod kinem, nawet jeśli w rzeczywistości nie była to prawdziwa kolejka. Niby nic, ale mnie oczarowało. Być może to przez to, że rok temu sama wręcz łaziłam po suficie w oczekiwaniu na premierę. Bohaterowie byli kochani, fanservice też się zgadzał – tak, ja dokładnie wiedziałam, co przeczytam o Nowej Trylogii, kanonie i fanach. Nie ma co tu się rozpisywać. Opowiadanie klimatyczne, urocze, postacie kochane, a zakończenie zabawne. O „Fangirl” może wypowiem się, jak już pozbieram się po „Nie poddawaj się”, ale to świąteczne wydanie podoba mi się bardziej, głównie ze względu na kolor okładki i Simona i Baza w świątecznych czapkach – przeurocze pysie.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zdarzy mi się zamówić któryś z boxów. Zobaczymy co Moondrive będzie miało do zaoferowania. Box Fangirl za to gorąco polecam.

60. ...mój różany chłopiec.

wtorek, 13 grudnia 2016 2 komentarze:
@zglowamiwchmurach
Nie poddawaj się
Carry on

Autor: Rainbow Rowell
Tłumaczenie: Małgorzata
Hesko-Kołodzińska
Wyd.: HarperCollins

Ocena Cupcake.: 7/10

Opis fabuły:
To ostatni rok Simona Snowa w Szkole Czarodziejów w Watford. Jest on uznawany za najpotężniejszego czarodzieja, jednak nadal marnie radzi sobie z różdżką, na dodatek stale coś podpala lub sam wybucha. Co gorsza wciąż wisi nad nim wizja walki z Szaroburem (istotą wysysającą magię, która zagraża całemu magicznemu światu), ponury współlokator z pewnością znów knuje coś za jego plecami, a relacje z dziewczyną przybierają niechciany obrót. Jak tak młody Wybraniec ma poradzić sobie z tym wszystkim?

Simona miałam przyjemność poznać zaledwie kilka tygodni wcześniej przy czytaniu Fangirl Rainbow Rowell i kiedy usłyszałam, że autorka poświęciła mu oddzielną książkę, z wielką chęcią po nią sięgnęłam. Snowa nie da się nie lubić!

Na wstępie jednak muszę z bólem przyznać, że styl, jakim napisane jest Nie poddawaj się nieco mnie zawiódł. Tak jak przez Fangirl gładko przebrnęłam, tak w wypadku tej książki nie było już tak kolorowo. Pierwsza księga była prawie że męką. Nie dość, że nie działo się nic specjalnie porywającego, to jeszcze gryzł mnie sposób, w jaki Carry on zostało napisane. Chyba wolę Rowell w wydaniu trzecioosobowym.

@chaos_cupcake
Autorce jednak trzeba oddać sprawiedliwość - gdy fabuła już się rozkręciła, naprawdę ciężko było się oderwać! Historia jest ciekawie poprowadzona, poszlaki dla czytelnika zgrabnie wplecione, dzięki czemu nie tylko Simon wraz z przyjaciółmi może bawić się w "detektywa", ale również my podczas czytania jesteśmy wciągani w rozwiązywanie zagadki. Co prawda nie trudno tu wyprzedzić odkrycia bohaterów, wszystko dość szybko składa się w całość przed czytelnikiem, więc nie ma tu jakiegoś wielkiego bum czy zaskoczenia. Jedynie nutka zadowolenia, że odkryliśmy coś zanim postaci na to wpadły.

Jeśli chodzi o bohaterów - tu prawie (PRAWIE!) mam ochotę przyklasnąć Rowell. Roztrzepany, nieco niezdarny Simon, który nie radzi sobie za bardzo z całą magią, a jednocześnie jest niezwykle szlachetny i szczery skradł moje serduszko i porządnie się w nim rozgościł. Z lekkim bólem - bo nie jestem specjalną fanką tych teoretycznie czarnych charakterów - muszę to samo przyznać co do Baza, inteligentnego snoba z wyższych sfer (z nadprogramowej wielkości kłami). Tej dwójki naprawdę nie da sie nie darzyć sympatią! Ich relacja jest dość intrygująca, chociaż pewnymi rozwiązaniami byłam dość mocno zawiedziona - ale to już oceńcie sami, po przeczytaniu. Wśród świetnie wykreowanych bohaterów nie sposób pominąć Penny, najchętniejszej do działania, zadziornej, pewnej siebie, bystrej i najbardziej zorganizowana z całej paczki. Jej również nie sposób nie lubić. Nie będę się tu rozwodzić o każdej postaci, ale zdecydowanie na uwagę zasługuje również Ebb, którą pokochałam już od pierwszych stron. Nieco ekscentryczna pasterka kóz, której obecność w książce niesie ze sobą swego rodzaju spokój i muszę przyznać, że uśmiechałam się za każdym razem, gdy tylko pojawiała się pośród innych postaci.
Teraz pozwolę sobie nieco ponarzekać, nie wychodząc jednak z kręgu bohaterów. Zawiodłam się bardzo na kreacji Maga, którego wątek i postać według mnie zasługiwała na rozwinięcie. Jego relacja z uczniami wciąż jest dla mnie zagadką i chociaż rozumiem jego motywy, obraz jego postaci jest dość rozmyty i byle jaki. Jakby autorka miejscami wrzucała go na siłę (chociaż mówię, jak dla mnie powinno go być nieco wiecej i wyraziściej)... Inną postacią, która jest dla mnie jednym wielkim zawodem niewątpliwie jest Agatha. Liczyłam, że będzie nieco bardziej zdecydowana, a nie taka... nijaka. No ale cóż, widocznie przeliczyłam się.

W wielu książkach, które ostatnio czytałam nie satysfakcjonowały mnie zakończenia (nie wiem, czy autorzy robią mi na złość, czy to ze mną coś nie tak). Jeśli jednak chodzi o Nie poddawaj się - jestem prawie zupełnie usatysfakcjonowana. Nie mamy tu zupełnie czarno-białej sytuacji, nic nie jest specjalnie przeidealizowane, za co ta książka zgarnia u mnie wielkiego plusa.

Podsumowując więc, oprócz tych pierwszych 150 stron (z ok. 500!) i kilku drobniejszych niuansów w trakcie, Nie poddawaj się było świetną rozrywką. Jest to jednak książka prawie do połknięcia, historia wręcz na raz. Na dodatek w dużej mierze kojarzy się z innymi historiami, jakie miałam już okazję czytać (ekhem, chociażby Harry Potter), ale autorka sama przyznaje, że Simon jest "czymś w rodzaju hybrydy i spadkobiercy setek innych nieistniejących Wybrańców" i że chciała sprawdzić, jaka historia o Wybrańcu wyjdzie spod jej palców.
Efekt? Sami oceńcie ;)


Czytaliście już Nie poddawaj się? Jak wrażenia?
Nie poddawaj się jeszcze przed Wami? Macie zamiar się zaopatrzyć i przeczytać?

Za możliwość przeżycia ciekawych przygód
z Simonem i jego przyjaciółmi
serdecznie dziękuję Księgarniom Matras.

59. To twój czas, młody.

niedziela, 20 listopada 2016 Brak komentarzy:
@zglowamiwchmurach
Promyczek
Bright Side

Autor: Kim Holden
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Wyd.: Filia

Ocena Cupcake.: 8/10

Opis fabuły:
Kate Sedgwick nie miała łatwego życia, jednak mimo tego podchodzi do wszystkiego z radością i niesamowitą pogodą ducha. Idzie przez życie z podniesioną głową i cieszy się każdą drobnostką, jaką napotyka na swojej drodze. Właśnie dlatego jej najlepszy przyjaciel Gus nazywa ją Promyczkiem. Wyjeżdżając z Kalifornii do Minnesoty na studia, nie może się spodziewać, że zmieni to w jakiś sposób jej poglądy. Nie może spodziewać się, że przyjdzie jej uwierzyć w miłość.
...meh, ten opis jest zły. Bardzo.

Wierzcie mi, bałam się zabierać za tę książkę. Zdążyłam nasłuchać się tylu zachwytów co do niej, że mimowolnie ustawiłam jej dość wysoką poprzeczkę. I tym razem się nie zawiodłam.

Jeśli miałabym opisać tę książkę jednym słowem... chyba bym tego nie zrobiła. Chodzi mi po głowie emocjonalna i spokojna jednocześnie, melancholijna i pełna optymizmu. Całkiem niezła mieszanka, która dotarła do mnie swoją siłą dopiero około połowy (niestety). Mimo lekkiego stylu i dość ciekawej historii, przyznam, że ciężko było mi się wbić w Promyczka. Kiedy jednak przebrnęłam przez kilkadziesiąt stron, zaczęłam zagłębiać się w życie Kate, odkrywać ją i jej tajemnice - i z każdym słowem coraz bardziej mi się podobało.

Czy tego żałuję? Do diabła, nie. Ja niczego nie żałuję.
To właśnie dzięki temu jestem, jaka jestem.

Największy plus książki? Myślałam, że wybór będzie prosty, jednak wcale taki nie jest. Zdecydowanie warci uwagi są tu bohaterowie z samym tytułowym Promyczkiem na czele. Wszyscy są genialnie zarysowani, każdy ma w sobie coś specyficznego. Sztywny Pete, kochany Clayton, genialna Shelly - to tylko kilkoro pierwszych z brzegu. Nie wspominając już o Gusie i Kellerze, którzy skradli moje serce. Obaj. Wracając do głównej bohaterki - Kate jest postacią, której nie da się nie polubić. Optymistyczna, bystra, pewna siebie, nieco pyskata. Dodatkowo niezwykle pomocna i empatyczna, spontaniczna i wygadana, która kradnie serca swoim szczerym uśmiechem i bijącą od niej radością. Poznajemy ją stopniowo, odkrywamy kolejne smaczki, z każdą kolejną stroną dowiadujemy się czegoś nowego, aż do ostatnich stron możemy poznać, jak ciężko ta pozytywna osóbka miała w życiu.


Właśnie, wielkim plusem tej książki jest także to, jak stopniowo odkrywamy kolejne fakty z przeszłości bohaterów. Nie dostajemy niczego na początku na tacy, postaci pojawiają się jakby z czystymi kartami, by nagle okazało się, że każdy z nich przeżył własną na swój sposób ciężką historię. Fragmenty informacji rzucane niby przypadkowo w trakcie nagle formują się w bombę, która zaskakuje (mniej lub bardziej) i rozwala na emocjonalne łopatki.

Stwórz legendę.

Myślę, że warto też wspomnieć o wspaniałym przesłaniu Promyczka, o tym, jak bardzo gra na naszych emocjach i zmusza nas do refleksji na różne tematy. Postać Kate, jej problemy i historia zdecydowanie mogą wpłynąć na czytelnika. Poruszane są tu aspekty przyjaźni, miłości, choroby, odmienności, samego podejścia do życia. Tematy ważne, które są jednak pokazane w przystępnej formie okraszonej porządną dawką sarkazmu i dobrego humoru. Coś niesamowitego.
Oczywiście nie wszystko jest idealne, kilka wątków niestety ginie w nurcie fabuły, a szkoda. Wiadomo jednak, że ciężko trzymać się wszystkich pomniejszych wąteczków, jeśli książka i tak jest dość rozległa. Początek książki nieco mnie nudził, jednak z każdą kolejną stroną wszystko się rozkręcało i było tylko lepiej - by na koniec zupełnie rozbić moje serce zakończeniem (nawet jeśli się takiego spodziewałam).


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania
serdecznie dziękuję Księgarni Matras


A Wam udało się już zapoznać z Promyczkiem? Jak wrażenia?
A może jeszcze nie czytaliście? Macie zamiar?

58. "Mene mene tekel upsharin"

niedziela, 6 listopada 2016 Brak komentarzy:
Seria: Dary Anioła
Tytuł: Miasto Kości
Miasto Popiołów
Miasto Szkła
Miasto Upadłych Aniołów
Miasto Zagubionych Dusz
Miasto Niebiańskiego Ognia
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ocena: 9/10 (bo Clary)
Opis: Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela.

Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą zmarli Łowcy. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Łowców Cieni, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich.

Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli boskich przedmiotów. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, pod przywództwem zbuntowanego Łowcy, Valentine’a, który niemal na zawsze zniszczył tajemny świat Łowców. I mimo że od śmierci Valentine’a minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął… 



Ok ludzie, uprzedzam - dzisiaj będzie długo i chaotycznie, bo jestem buła i inaczej tego zrecenzować nie potrafiłam! Za wszelkie usterki przepraszamy, Lucy jest zbyt emocjonalnym stworzeniem!


"Łatwe jest zejście do piekieł."


Może zacznę od historii mojego życia. Ehem… Dawno, dawno temu, w roku 2014 nieskażona jeszcze Internetem Lucy szukała jakichś fajnych książek, w których przy okazji byłby wątek miłości męsko - męskiej. Cupcake pewnie pamięta czasy, kiedy zaczęłyśmy pisać nasz pierwszy komediodramat o Huncwotach. To przypada na ten okres. Szukałam czegoś, bo przez kochanego Ricka Riordana zrozumiałam, ile cudownego cierpienia dają postacie LGBT. I tak pewna dobra duszyczka szepnęła mi o “Darach Anioła”. (Dobra, to brzmiało jak “Przeczytaj to, Malec!”. Teraz ja tak brzmię.) O Cassandrze Clare usłyszałam trochę wcześniej i najpierw przymierzałam się do “Diabelskich Maszyn”, ale czytanie w pdf mi nie szło. Ta seria zasługiwałaby na oddzielną recenzję, gdyby nie to, że boję się czytać po raz drugi. Nie chcę znowu wpaść w załamanie nerwowe! Poszło to mniej więcej tak: usłyszałam, na próbę obejrzałam film, jako, że wcześniej nie czytałam “Miasta Kości” i ogólnie byłam jeszcze mało wyrachowanym stworzeniem, zachwyciłam się, ale… No jak to brat i siostra?! I tak właśnie się zaczęło. Zaczęła się moja obsesja i to dość niewinnie, zaczęła się miłość do Świata Cieni i… zaczęła się miłość do brokatu. Byłam okropnie wkręcona, zmusiłam naszą kochaną Clar do zaspoilerowania mi wątku Jace’a i Clary, zarywałam noce, czytałam na lekcjach i wzięłam pożyczkę od mojej cudownej mame, bo musiałam kupić kolejne części (serio, błagałam prawie na kolanach). Po przeczytaniu serii drugi raz uświadomiłam sobie, jakim niewinnym dzieckiem byłam w wieku siedemnastu lat. Po tym wstępie już wiadomo, że dzisiaj normalnie nie będzie.


"Aku cinta kamu."

Chyba każdy ma taką książkę lub serię, o której krąży wiele skrajnych opinii, autora się czepiają i w ogóle czasami nie wiadomo czy się przyznać, że się czytało, bo jeszcze cię pogryzą! Ja tak mam z Cassandrą Clare. No kurde, w jej książkach jest taki jakiś czynnik, że choćbym próbowała, nie będę w stanie ich nie lubić. Utonęłam w Świecie Cieni bez reszty i sam Razjel mnie z niego nie wyciągnie. Oczywiście nie są to książki szczególnie wybitne albo oryginalne, chociaż to jedyna fantastyka gatunku YA z taką tematyką, której nie bałam się dotknąć. “Szeptem” i “Upadłych” omijam od samych opisów, za to “Kroniki Nocnych Łowców” wciągnęły mnie i pożarły. Potrafię pokochać większość postaci, nie męczę się przy czytaniu… No i są Magnus i Alec, nie ma drugiej takiej pary, za którą chciałabym sprzedać duszę.


"Nie chcę świata. Chcę ciebie."


Wolę zaczynać od swoich ulubionych części, a że dzisiaj oceniam zbiorczo, będzie tego multum. Najważniejsze dla mnie, chociaż zepchnięte na drugi plan - MALEC. Ostatnio można zauważyć, która para jest w fandomie najpopularniejsza, głównie za sprawą serialu. Też ich tam kocham, ale książkowy Malec ma tyle pięknych momentów, często bardzo drobnych, ale dla mnie ważnych. Poważnie, czytając zaznaczałam głównie fragmenty o nich. Wszystkie zakładki na niebieski i różowo/fioletowo są o nich razem, osobno, o Magnusie, o Alecu, chociaż część dotyczy też parabatai. Chyba już dałam wszystkim poznać, że dla mnie związki nieheteroseksualne w książkach są bardzo ważne, ale zaczęło się od nich. To oni byli takim pierwszym kanonicznym shipem. Mają wszystko, co jest mi potrzebne do życia. Pozwolę sobie zapożyczyć z “Miasta Niebiańskiego Ognia” - mają tą “dziwną poezję”. Są jedną z tych par, które cały czas ewoluują, nie narzucają się, nie są zbyt idealni… Tacy słodko gorzcy, ile razy się przez nich śmiałam i ile płakałam, to chyba nie da się policzyć. Alec jest jak takie książątko - pierworodny, który stara się spełniać oczekiwania rodziców, chce, żeby byli z niego dumni, ten odpowiedzialny starszy brat. Naprawdę było mi go szkoda, bo równocześnie był wręcz przytłoczony świadomością, że w ogóle nie jest taki, jaki powinien. W dość homofobicznej społeczności, zakochany w parabatai, chociaż za to były przewidziane surowe kary, starał się nie wyróżniać, przyzwyczajony do tego, że stoi w cieniu Jace’a i Isabelle. No i Magnus - supernowa z brokatu, Wysoki Czarownik Brooklynu, sarkastyczny, wredny, ale tylko dlatego, że pod brokatem i nieprzyjemnym usposobieniem chowa swoje prawdziwe ja. Po zderzeniu ich razem wychodzi para nieidealnie idealna. Ich kreacja wypadła świetnie, pomiędzy pierwszą a ostatnią częścią widać wielki kontrast i zachodzące w nich zmiany. A przecież każdy czytelnik lubi obserwować jak jego “dzieci” dorastają, prawda? Alec tu zmienia się najbardziej: z niepewnego kłębka nerwów w akceptującego siebie młodego mężczyznę. Mogę śmiało powiedzieć, że są dla mnie na równi ze światem Nocnych Łowców najlepszym elementem serii. Nawet, jeśli zakończenie “Miasta Zagubionych Dusz” nadal jest dla mnie jak wyrywanie serca widelcem!


"All the stories are true."

Na równi oczywiście jest Świat Cieni sam w sobie. Mam wrażenie, że utknęłam w nim na zawsze. Daje on wiele możliwości i wcale się nie dziwię, że autorka cały czas pisze kolejne serie. Wiecie, że nie przepadam za romansami, a tutaj Jace’a i Clary było na kilogramy. A jednak ani na chwilę się nie zniechęcałam, bo wykreowany świat był na tyle ciekawy, że chciałam więcej i więcej. Specjalnie sobie zaznaczałam informacje o zwyczajach Nocnych Łowców i Podziemnych, jeśli takie się pojawiały. Często jest tak, że jeśli już w jakiejś książce pojawiają się jakieś magiczne rasy, to jest to ograniczone - sami Nefilim, wilkołaki i wampiry w parze, czasami faerie, czarownicy jako dzieci demonów to nawet nie wiem, ale tutaj mogę rzucić czarodziejami, bo w pewnym sensie są sobie podobni. Teraz dostałam wszystko na raz, w dodatku anioły i demony, inne wymiary, kraina faerie. To jak wielki park rozrywki! I to świetnie zbudowany, dlatego zawsze się cieszę, kiedy mogę wrócić do świata Nocnych Łowców z ich skomplikowanymi układami.


"Z drugiej strony to był Jace. Wszcząłby bójkę z ciężarówką, gdyby naszła go taka ochota."

Oddać cesarzowi co cesarskie - nikt nie może mnie wytrącić z przekonania, że Clare w większości świetnie kreuje postacie. Wspomniani wcześniej Alec i Magnus, gdzie Magnus jest dla mnie jedną z najbardziej barwnych postaci, z jakimi się spotkałam. Nie znam wielu osób, które nie kochałyby Jace’a. On to musi mieć w genach, bo tak samo pokochałam jego przodka. Po prostu jego ród ma to do siebie, że większość męskich przedstawicieli to tragiczni zbawcy ludzkości, przekonani, że są przeklęci, dopiero uczący się kochać, rzucający genialnymi tekstami… I przystojni jak diabli! Oczywiście piękna Isabelle, którą uwielbiam w równym stopniu, co jej brata. Zauważyłam, że często autorki starają się kreować swoje heroiny na “silne i niezależne”, ale równie często to jest zbyt wymuszone. Izzy nie jest wymuszona tylko naturalna… Niech tylko nie gotuje, a jestem gotowa się jej oświadczyć. No i na koniec zamykający tą całą łobuzerską bandę Simon. Kochany nerd, który na dobranoc opowiada Gwiezdne Wojny. Powiedziałabym, że nie muszę nic więcej dodawać, ale muszę! Na początku nie lubiłam Simona, bo pchał się niepotrzebnie tam, gdzie nie powinien. I znowu wszystko wywraca się do góry nogami, bo kiedy skończył z beznadziejnym podkochiwaniem się w Clary zrobiła się z niego świetna postać. A że staram się nie spoilerować, nie powiem jak w ostatniej części rozkleiłam się przez dosłownie wszystko, a najbardziej przez Simona! O postaciach mogłabym tak całe życie, bo większość polubiłam. Kurde, nawet Sebastiana! Do dzisiaj nad nim płaczę, uwielbiam, w ogóle wszystko na raz! Wyjątkami są Clary, Maia i Jordan, którzy po prostu nie zachwycili. No Clary zachowywała się, jakby ona i jej problemy były pępkiem świata, czego strasznie nie lubię, ale była do przeżycia.


"Jace potrafiłby się zabić, wkładając rano spodnie. Bycie jego parabatai to całodobowe zajęcie."


Parabatai! Zasłużyli sobie na oddzielny akapit, bo to jedna z piękniejszych rzeczy, jakie spotkałam w książkach. Sam zamysł już jest dla mnie cudowny, bo nie ma nic lepszego niż bromance na najwyższym poziomie. Cieszę się, że Clare wprowadziła tą relację w najróżniejszych wariantach, szczególnie zapadły mi w pamięć te fragmenty z Jacem i Alekiem, w których w jakiś sposób była przedstawiona ich więź. To, jak Jace pyta Alec? To ty?” w pokoju muzycznym. Przyjęcie u Magnusa, gdzie te dwie buły dolały wody święconej do wampirzych motocykli. Alec cały czas wkurzający się, że Jace ryzykuje swoim życiem, potem jak Jace martwi się o Aleca, kiedy ten został zraniony przez Abbadona. Alec przekonany, że kocha Jace’a, ale docinający mu, kiedy trzeba. W ogóle wszystkie ich docinki, traktowanie siebie jak nieposłuszne rodzeństwo, które trzeba ogarnąć, bo ten drugi sam tego nie zrobi. Nawet karanie siebie nawzajem “dla ich dobra”: kiedy Alec w “Mieście Szkła” odmawia Jace’owi iratze, a Jace w “Mieście Niebiańskiego Ognia” rozwala Alecowi telefon, żeby nie pisał do Magnusa. Do tego piękna rozmowa między nimi w szóstej części, kiedy Alec mówi, że uważał Jace’a za jedyną osobę, która nie miała go za gorszego Nocnego Łowcę. Tak samo w pamięć zapadł mi ten Nocny Łowca, który po zabiciu swojego parabatai podciął sobie żyły - dość makabryczne, ale znowu przedstawia, jak głęboka to jest więź. Na koniec skrócona historia Roberta Lightwooda i Michaela Waylanda… Dobra, tu miało nastąpić malownicze pieprznięcie w klawiaturę, ale nawet to nie wyraża tego, co aktualnie czuję.


"Jeśli nie nakłonię niebios, poruszę piekło."

Na koniec o fabule, no bo kurde jestem mistrzem kluchą, która pisze, co jej akurat do łba wpadnie. Trudno mi ocenić wszystkie części na raz, za dużo wszystkiego, ale nie potrafiłam podzielić recenzji na sześć części. Nie miałabym żadnych zastrzeżeń. Prawie za każdym razem wciąga bez reszty, co chwila dzieje się coś takiego, że po prostu chce się czytać dalej, nie można teraz odłożyć książki, emocje wywala poza skalę… No prawie zawsze. Bo jest pamiętna czwarta część. “Miasto Upadłych Aniołów” dla mnie jest najgorszym tomem. Niewiele się dzieje, jest po to, żeby wprowadzić czytelnika do wydarzeń z kolejnych części i trzeba ją zmęczyć. Chociaż w “Mieście Zagubionych Dusz” i “Mieście Niebiańskiego Ognia” dzieje się tyle, że warto. To jak jedzenie nudnego obiadu dla ulubionego deseru. Schematy są, jak to w literaturze YA, ale cała otoczka i postacie są tak interesujące, że ma się to gdzieś. Dlatego ja mogę polecić “Dary Anioła” każdemu czytelnikowi, który czyta dla rozrywki i nie ma nic przeciwko przyjemnej, młodzieżowej fantastyce.


"Jego oczy były zielone."

Antykwariatowy book haul

poniedziałek, 19 września 2016 2 komentarze:
Cześć!
Dziś mam dla Was mały haul, który jest wynikiem mojej wycieczki do antykwariatów.
Enjoy!

Takie były pierwotne plany...
Na wstępie wspomnę, że wybrałam się do antykwariatów z zamiarem kupienia konkretnych pozycji. Owszem, nie mogłam mieć pewności, że akurat się tam znajdą, ale nie miałam w planach kupowania niczego spoza mojej "listy". Skończyło się jednak jak zawsze i zakończyłam dzień z pięcioma nowymi książkami w garści - przy czym żadna nie była objęta pierwotnie planem!


Pierwszą książką, którą postanowiłam kupić, był Dziennik Bridget Jones Helen Fielding. Słyszałam o nim sporo pozytywnych opinii i miałam gdzieś w odległych planach przeczytanie... A skoro mogłam wziąć go okazyjnie za 4 złote - czemu by nie skorzystać!


Kolejną pozycją, która wpadła w moje łapki była Marta Elizy Orzeszkowej. Z tą książką jest powiązana pewna historia. W liceum, kiedy omawialiśmy pozytywizm, moja polonistka wspominała kilkukrotnie o Marcie, co dość zapadło mi w pamięć. Obecnie nawet nie pamiętam, o czym konkretnie ta książka opowiada, jednak gdy tylko zobaczyłam, że mogę mieć możliwość kupienia tej pozycji za 3 złote... nie mogłam się powstrzymać!


Z kolejną książką (a raczej książeczką) związana jest kolejna historia z lekcji polskiego w liceum. Podczas omawiania Zbrodni i kary mieliśmy przyjemność oglądania pewnej animacji z 1985 roku, która powstała na podstawie opowiadania Fiodora Dostojewskiego Łagodna. I właśnie to dzieło udało mi się dorwać za jedyną złotówkę!


Przedostatnia książka w tym haulu to zdecydowanie największy hit! Od jakiegoś czasu polowałam na tę pozycję, jednak za każdym razem kupowałam zupełnie coś innego. Książka ogólnie do tanich nie należy, ale mi udało się ją kupić za okazyjną... złotówkę! I tak na moich półkach zagościli w końcu Trzej Muszkieterowie Aleksandra Dumasa. Może nie jest to wydanie, o jakim marzyłam, jednak treść jest niezmienna!


Ostatnim łupem tego haulu jest Solaris Stanisława Lema. Wyhaczone za 4,50, niestety w filmowej okładce. Tak czy siak jednak treść nie zależy od okładki, a że za tę pozycję już od dawna planowałam się zabrać - szkoda było przepuścić okazję.


~*~


Oto i wszystkie pięć książek, jakie udało mi się ostatnio upolować w antykwariatach. Głównie klasyka, jak łatwo zauważyć. Nie spodziewałam się, że dorwę akurat te pozycje, bo w planach miałam sporo innych... Chodząc jednak po antykwariacie ciężko nie zdecydować się na kupno książek spoza "listy" - zwłaszcza w tak przystępnych cenach! Za te pięć książek zapłaciłam mniej niż piętnaście złotych, zaledwie 13,50! I jak tu się nie skusić? Wiadomo, że książki kupowane w antykwariacie są używane, co nietrudno zauważyć po poprzecieranych okładkach czy pozaginanych rogach. Mimo to, treść się nie zmienia! Warto o tym pamiętać.

~*~
A co Wy sądzicie o antykwariatach? Często tam kupujecie? Macie swoje ulubione?
Ze swojej strony polecam - można upolować perełki za grosze!

BACK TO SCHOOL BOOK TAG

sobota, 10 września 2016 Brak komentarzy:
Cześć Wam!
Blog ostatnio nieco przycichł, jednak wiadomo,
jak to jest w trakcie wakacji - urlopowaliśmy!
Teraz jednak wracamy z nową energią i na początek mamy ciekawy TAG.
Część z nas już wróciła do szkoły, część idzie na studia od października,
a w nawiązaniu do tego mamy Back to school book TAG,
na który wpadłam tu, a który przetłumaczyła nasza Clar :)
Nie przedłużając, zaczynajmy!

• w poście biorą udział 4 osoby, każda będzie oznaczona oddzielnym kolorem •
Cup Kath • Lucy  Paula


Języki - ulubiony styl (autora albo występujący w konkretnej książce)

Mogłabym wymienić kilku autorów, których cenię właśnie za styl. Chciałabym tu jednak wyróżnić moją ukochaną Maggie Stiefvater, która potrafi mnie zupełnie oczarować słowem i przenieść w świat swojej historii, nawet jeśli sama fabuła nie bardzo mi odpowiada.

Ciężko wybrać jeden, chyba najbardziej uwielbiam styl Riordana, we wszstkich seriach pisze w tak przyjemny sposób, że pochłaniam jego książki i dziwię się, że już się skończyły. To samo trafiło mnie podczas czytania “Simon oraz inni Homo Sapiens” - nie dość, że zostałam pochłonięta, to zanim się zorientowałam było już po wszystkim.

Ja chyba muszę wybrać Johna Greena, bo nie ważne czy podobają mi się jego książki czy nie, zawsze czyta się je miło, łatwo i przyjemnie.

Czytałam wiele książek, przed których autorami chyliłam głowę za lekkość pióra. I mimo tego jak wielu pozycjom z tego powodu udało się zawrócić mi w głowie, mojego serca nie udało skraść się żadnemu pisarzowi na tyle, by prześcignąć Lauren Oliver czy Susan Ee w rankingu tych ulubionych. To, co potrafią zrobić ze mną ich słowa, jest wręcz nie do opisania.

• Matematyka - książka, która cie frustrowała/irytowała

Wydaje mi się, że najbardziej zirytowana byłam czytając Pięćdziesiąt Twarzy Greya. Serio. Styl autorki jest tak tragiczny, że miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno... Czytałam to jednak na telefonie w wersji elektronicznej, a telefonu jednak było mi szkoda!

“Szklany Miecz” - no niech to kaczka kopnie! “Czerwona Królowa” była cudowna, ale kontynuacja mnie tak męczyła, że chciałam rzucić książką, a jak mi nie wchodzi kontynuacja po tym, jak stwierdziłam, że seria jest super to irytyję się i to hardo! A do tego jeszcze Mare… Wcześniej była w porządku na tle innych głównych bohaterek, teraz aż się cieszłam, kiedy dostawała po czterech literach.

Losing Hope Colleen Hoover. Już nie pamiętam dlaczego, ale wiem że bardzo irytowała mnie ta książka. Nie chodzi o to,  że nie podobał mi się styl autorki czy sama historia. Raczej to jak niektóre rzeczy były w niej przedstawiane doprowadzało mnie do szału. Coś mi po prostu cały czas nie pasowało xD

Ach i ten moment, kiedy próbujesz przypomnieć sobie, która z książek irytowała cię najbardziej, a kiedy w końcu ją znajdujesz, powraca do ciebie cała ta nieopanowana wściekłość i frustracja. ASOHUFS. Bezsprzecznie na pierwszym miejscu w tej kategorii lądują "Próby ognia" autorstwa Jamesa Dashnera. Nawet brnąc przez opisy płotów u Żeromskiego, nie denerwowałam się tak bardzo jak podczas czytania drugiej części "Więźnia Labiryntu". Ciężko znieść wędrówkę przez pustynię, kiedy główny bohater, za którym w tym tomie nie przepadasz, nieustannie myśli o bohaterce, której nienawidzisz, oddalając się od bohaterów, których kochasz. Wyrwałabym 3/4 stron i wrzuciła do kominka, zostawiajac tylko wstęp i zakończenie. Grr. Jeśli chcecie wiedzieć, o co mi chodzi -> link do recenzji. Muszę teraz ochłonąć, zdenerwowałam się. 

• Przedmioty ścisłe - książka, która nakłoniła cię do przemyśleń

Jakby nie patrząc, praktycznie każda książka skłania do refleksji. Mogłabym rzucić tu jakąś "Dżumą", "Folwarkiem zwierzęcym", "Opowieścią wigilijną" czy "Akademią pana Kleksa", ponieważ każda z nich w znacznym stopniu wpłynęła na mój sposób patrzenia na świat, jednak skupię się na czymś mniej ambitnym, a mianowicie "Love, Rosie". Ahern trafiła mnie tą książką w sam środek serduszka i skłoniła do wielu godzin głębokich przemyśleń.

Ile ich było… O panie Hadesie! Pierwsza taka to “Dom Hadesa”, z całego serca dziękuję za Nico. Kolejna - “Miasto Niebiańskiego Ognia”, kłaniam się Alecowi. “Siewca Wiatru” mnie też nieźle trzepnął i to w tylu kwestiach, że wymieniałabym w nieskończoność. “Achilles. W pułapce przeznaczenia”, sporo przemyślałam, szczególnie w tematach cierpienia.

Tu, tak jak Cup wspomniała, można wymienić pełno klasyków, ale chyba wybiorę "Trzynaście powodów" Jaya Ashera. Książka ta pokazuje jak male, z pozoru nic nieznaczące wydarzenia mogę mieć gigantyczny wpływ na życie człowieka i muszę przyznać że zrobiło to na mnie nie małe wrażenie.

Wszyscy mówią, że można by wypisywać bardzo długo, więc ja również nie będę zbyt oryginalna i zgodzę się z tą tezą. Postawię jednak na dwie książki, które skłoniły mnie do naprawdę głębokich refleksji nad sensem istnienia i aspektami ludzkiego bytu. Mówię tutaj o "Przekleństwach niewinności" Jeffrey'a Eugenidesa oraz o "Bliźniętach z lodu" S.K. Tremayne'a. Żeby wiedzieć o czym mowa, trzeba to po prostu przeczytać. To... wow, po prostu wow.

• Nauki Społeczne - ulubiona książka z innej epoki lub do niej nawiązująca

Sięgnę po klasykę, a co! Lektury to w sumie zmora wszystkich, ale kilka z nich głęboko zapadło mi w pamięć i myślę, że nie raz do nich wrócę. Mogłabym tu wymienić chociażby pozycje z okresu dwudziestolecia międzywojennego jak "Ferdydurke" czy "Sklepy cynamonowe".

JEDNA?! Jako, że jestem fetyszystką wiktoriańskiej Anglii muszę powiedzieć “Diabelskie Maszyny”. Nie, koniec, te czasy wygrywają ze wszystkim!

"Romeo i Julia" i "Makbet". Uwielbiam Szekspira i ogólnie bardzo lubie dramaty. Co chyba jest u mnie z resztą rodzinne, bo dziadek był chyba największym fanem twórczości Szekspira jakiego widział ten świat :')

Rzuciłabym jakimś ambitnym tytułem, ale ostatnio w głowie siedzi mi jedynie "Łowczyni" Virginii Boecker. Początkowo, biorąc się za tę książkę, nie sądziłam, że znajdzie się ona tak wysoko na liście lubianych przeze mnie pozycji. Zaskoczyła mnie jednak bardzo pozytywnie, wykorzystam więc moment, by i wam ją polecić. Średniowieczna Anglia, czarownice, piraci, zakazana magia... Smakowity kąsek, palce lizać. Czytajcie!

• Plastyka - ulubiona książka z obrazkami

Wszystkie książki Jacqueline Wilson z rysunkami niezastąpionego Nicka Sharratta! No i książki Roalda Dahla z ilustracjami Quentina Blake'a. Całe moje dzieciństwo to dzieła tych dwójki rysowników. Niby całkiem proste obrazki, wręcz niestaranne, ale mają w sobie te magiczne coś.

Waham się między “Grillbar Galaktyka” a “Siewcą Wiatru”, obie mają cudowne ilustracje, tylko anielskie motywy równoważą się z międzygalaktycznym żarciem… No cóż, przynajmniej autorka ta sama!

Baśnie, baśnie i jeszcze raz baśnie! Szczególnie te Andersena. Zawsze pięknie wydane i jeszcze piękniej ilustrowane. Jedyne książki, do których czytania w dzieciństwie nie trzeba było mnie zmuszać xd

Ojejku, jejku, jejku. Tego było tak dużo, a ja przykładałam do tego tak małą wagę ;_; Jeśli już muszę coś wybrać, postawię na "Mity dla dzieci" Grzegorza Kasdepke - byłam w nich dosłownie zakochana jako pięciolatka (podgląd okładki he) - oraz "Przygody Mikołajka" Rene Goscinny'ego zilustrowane przez Sempe. W tych szczegółowych rysunkach zawsze odnajdywałam coś fascynującego. No i może jeszcze któraś z wersji "O psie, który jeździł koleją". Tak.

• Zajęcia teatralne - książka, której chciałabyś/chciałbyś zobaczyć ekranizacje

Ojej, prawie wszystkich! Chyba jednak najbardziej interesowałyby mnie ekranizacje książek Maggie Stiefvater i Trudi Canavan - zwłaszcza Trylogii Czarnego Maga! ...chyba jestem dość monotonna.

Miałam kiedyś piękny sen o dobrych ekranizacjach wszystkich serii Riordana… Niestety, szanse na jego spełnienie są bardzo bliskie zeru. O i “Szklany Tron” *po cichu liczy, że nie sknocą tego serialu*.

Hmmm trudna kategoria... ale chyba przyłączę się do Cup i wybiorę coś Maggie Stiefvater, a dokładniej serie "Drżrnie". Co prawda jestem dopiero po pierwszym tomie, ale chętnie zobaczyłam jego ekranizacje.

Jestem baaardzo ciekawa jak wypadną "Mroczne umysły" Alexandry Bracken, jeżeli w końcu zostaną zekranizowane. Oooo i stworzyłabym serial (telenowelę? XD) na podstawie serii "Rywalki" Kiery Cass w takim porządnym stylu, a nie tak jak zaczęli to już kiedyś robić... Boże. 

• Muzyka - bohater, który myślisz (lub wiesz), że miały taki sam gust muzyczny jak ty

W sumie to nie mam pojęcia, naprawdę. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to bohaterowie "Maybe someday" Colleen Hoover, jako że piosenki, które zostały napisane specjalnie do tej książki są przecudowne i genialnie trafiły w mój gust. A skoro teoretycznie napisali je Ridge wraz z Sydney... to chyba mówi wszystko. (Kath się wtrynia i cichcem podpowiada Liama i Ruby z Mrocznych umysłów. Moim zdaniem dobrze czulibyście się, jadąc razem autem.)

Alec Lightwood! Cokolwiek ktokolwiek mi powie, ja zdania nie zmienię! Słucham dość dziwnych rzeczy, często wybieram kawałki pod wpływem emocji albo tekstu zupełnie nie patrząc na gatunek. I jestem przekonana, że moje ukochane dziecko w tym aspekcie jest do mnie podobne.

O kurczę xD Słucham tak różnej muzyki, że nie przychodzi mi do głowy żaden bohater który mogły dzielić mój gust muzyczny. Ale skoro już muszę wybierać to może Hannah z PLL...? Myślę, że ona miałaby podobny gust jeśli chodzi o tą mniej ambitną stronę moich upodobań muzycznych xd

*biegnie do półki z książkami, przypomnieć sobie wszystkich bohaterów z jakimi miała do czynienia* Myślę, że dogadałabym się z Haną z serii "Delirium" autorstwa mojej ukochanej Lauren Oliver. Buntowniczki lubią znajdować wspólny język, hehe. A tak na poważnie, czuję, że gdybyśmy się spotkały, nasze gusta muzyczne zgrałyby się idealnie. Bardzo chętnie przejechałabym się też Czarną Betty z Liamem i Ruby (patrzcie: wtryniająca się Kath), bo uwielbiam klimat, w którym oni się zatracali. A gdybym chciała się rozruszać, umówiłabym się z Rose z "Akademii wampirów" od Richelle Mead albo po prostu wkręciłabym się do którejś z książek Lauren. Rekreacyjnie wybrałabym się także na bal "Rywalek" i potańczyłabym w królewskim stylu. A na koniec posiedziałabym z Charliem od Chbosky'ego na kanapie, słuchając jego profesjonalnych składanek i trzymając kciuki, że sklei również coś dla mnie, bo mój gust muzyczny jest zbyt szalony do ogarnięcia. Czemu ja się tak rozpisuję?

• Lunch - jedzenie z książki, którego chciałbyś spróbować

O tu zdecydowanie ciasteczka listopadowe z "Wyścigu Śmierci"! Lubię słodkości, a wizja tego, że miałyby mi się kleić od nich ręce przez kilka dni... wydaje się dość ciekawa. Muszą być przepyszne! Nie mówiąc o dziełach skrzatów z Harry'ego Pottera. Fajnie by było, gdyby taki gotował za mnie na studiach *u*

Każde! Może poza zieloną, amebowatą papką z “Grillbar Galaktyki”, a fe! Jednak najbardziej chcę spróbować ciasta czekoladowego, które Celaena podkradała w pałacu.

Herbata zrobiona przez Louise z "Zanim się pojawiłeś". Jestem własne w trakcie czytania i te ciągle wzmianki o herbacie sprawiają że pije jej zdecydowanie za dużo. No ale tą zrobioną przez Lou na pewno bym nie pogardziła.

To teraz będzie krótko i zwięźle. Dajcie mi nektaru i ambrozji prosto z Olimpu od Riordana i niczego więcej nie będzie mi trzeba.

• Powrót do domu - książka (bądź autor), która/y działa na Ciebie relaksująco/uspokajająco

Niezawodna Kiera Cass! Nie zapomnę, jak uratowała moje nerwy po pierwszej maturze... Wróciłam załamana, pewna porażki. Potrzebowałam paru chwil wytchnienia i spędziłam popołudnie w pałacu wraz z Maxonem i resztą bohaterów. Zupełne oderwanie od szarej rzeczywistości, wciągnięcie w wir historii, zapomnienie o problemach, emocjonalna burza - gwarantowane! Najlepsze odmóżdżacze ever, serio!

“Simon oraz inni Homo Sapiens”, może to dlatego, że pierwszy raz nie bałam się, że autorka zabije moją ukochaną postać? Simon potrafi świetnie zrelaksować, po prostu przy nim czuje się, że wszystko jest na miejscu.

Seria "After" Anny Todd. Mój ulubiony odmóżdżacz. Szczególnie, że zanim zaczęłam ją czytać znałam już całą historię z bloga. No po prostu przy żadnej książce nigdy tak nie odpoczęłam. Można wyłączyć mózg i dać się porwać tej całkowicie niedorzecznej historii xD

Czyli szukamy odmóżdżaczy, tak? Rzuciłabym "Rywalkami" podobnie jak Cup, ale poszukam czegoś innego. W zasadzie seria "Endgame" dziwnym trafem była blisko mnie w momentach, kiedy miałam ochotę udusić wszystkich dookoła, zwyczajnie się rozpłakać czy po prostu byłam zmuszona zabić w jakiś sposób czas. Dobry wyżywacz. Jeśli chodzi jednak o odciągnięcie myśli, Kiery Cass raczej nic nie przebije. Chyba, że Riordan. Ale on i Percy, mimo świetnego stylu, zawsze i tak zbyt mocno trzymają w napięciu, by pomóc czytelnikowi rozluźnić się podczas lektury.

• Extra credit - książka, którą polecił ci znajomy i ci się spodobała

Skłamałabym, gdybym nie wspomniała o "Otchłani. W potrzasku" Alexandra Gordona Smitha. Świetny młodzieżowy thriller, który poleciła mi Kath i który zupełnie mnie zachwycił! Może okładka nie jest zbyt obiecująca, ale treść powala! Oprócz tego z pewnością nie powinnam tutaj pominąć "Czerwonej Królowej", którą poleciła mi Lucy!

“Dawca”, w sumie śmieszna sprawa, po prostu kumpel mi pożyczył za pożyczenie mu czego innego, a ja się zachwyciłam i zamówiłam cały pakiet… Chyba mam problem.

Z nieznanych mi powodów bardzo rzadko czytam książki, które ktoś mi poleci. Zazwyczaj rezygnuje po kilku stronach albo wcale się za nie nie zabieram. Chyba po prostu ciężko trafić w mój gust książkowy. Do końca życia jednak, będę pamiętać jak Cup zachwycała się "Zmierzchem", aż w końcu sama postanowiłam też go przeczytać... no i tak zaczęły się długie lata mojej miłości do książek o wampirach xD  (((spokojnie, ostatecznie to uczucie nie przetrwało XD)))

Nie jestem dobra w czytaniu polecanych książek xD Z reguły kończy się na zakupie, pozachwycaniu się okładką i... lipa. W ten sposób około pięciu czy sześciu kupionych przeze mnie, poleconych przez kogoś pozycji nadal zalega na półce nieprzeczytane, powąchane maksymalnie ze dwa razy (shame on me!). Muszę jednak przyznać, że z reguły, gdy już się zabiorę za te książki, wypadają one bardzo dobrze w ogólnym rozrachunku. I tak oto ponownie wspominam "Bliźnięta z lodu", które pod nos podsunęła mi Cup i które wywarły na mnie ogromne wrażenie oraz po raz pierwszy w tym TAGu - o dziwo! - "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Gdyby nie miłość mojej koleżanki z gimnazjum do Peety, nie wiem, kiedy zainteresowałabym się tą serią. A jak sami z pewnością doskonale wiecie, żałowałabym, gdybym nigdy po nie nie sięgnęła. Może czas najwyższy zapoznać się z innymi polecanymi książkami...?

~*~
I tak dobrnęliśmy do końca tego TAGu ^^
Udało nam się zebrać we cztery, co jest nie lada sukcesem
(chociaż na samym blogu jest nas więcej, ale ciii!).
Mamy nadzieję, że taka kolorowa, cukierkowa forma postu się Wam spodoba 
i nie dostaliście oczopląsu, haha!
Od dzisiaj wracamy porządnie do prowadzenia bloga 
i będziecie mogli zobaczyć w miarę regularne posty!
Tymczasem...
Życzymy zaczytanego dnia!
Załoga Bujająca w Obłokach

57. I’m too busy trying not to be in love with someone who isn’t real.

czwartek, 14 lipca 2016 2 komentarze:
Tytuł: Simon oraz inni Homo Sapiens (ang. Simon vs. The Homo Sapiens Agenda)
Autor: Becky Albertalli
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 301
Ocena: 10/10
Opis: Ukrywający swoją orientację seksualną szesnastoletni Simon Spier uważa, że miejsce dramatów jest na scenie teatralnej. Jednak kiedy napisana przez niego wiadomość mailowa wpada w niepowołane ręce, pojawia się ryzyko, że jego wielki sekret ujrzy nagle światło dzienne. Simon pada ofiarą szantażu: jeśli nie zostanie swatem dla klasowego błazna, Martina, wszyscy dowiedzą się, że jest gejem. A co gorsza, w niebezpieczeństwie znajdzie się także Blue, chłopak, z którym Simon wymienia maile.
W wąskiej grupce przyjaciół Simona pojawiają się coraz częstsze spięcia, korespondencja mailowa z Blue z każdym dniem robi się coraz gorętsza, a spokojne dotąd życie Simona zaczyna się dziwnie komplikować. Niechętny wszelkim zmianom chłopak musi znaleźć sposób na wyjście ze swojego bezpiecznego kokonu, zanim zostanie z niego brutalnie wypchnięty – i to tak, żeby nie zrazić do siebie przyjaciół, uniknąć kompromitacji i nie zepsuć tego, co rodzi się między nim a najcudowniejszym i najbardziej tajemniczym chłopakiem, jakiego dotąd spotkał.

"Ludzie rzeczywiście są jak domy o wielkich pokojach i mikroskopijnych oknach. Może to i dobrze, bo dzięki temu nie przestajemy siebie zaskakiwać."

Nie lubię się z obyczajówkami. Nie, po prostu nie potrafię się wkręcić w te historie, nie czuję ich, nie przeżywam... A jednak coś czasem potrafi mnie złapać, na przykład taki Simon. Tak, wiem, polecieć na książkę, bo nie jest o hetero, pewnie to płytkie. Problem w tym, że wszystkie romanse dziewczyna – chłopak wydają mi się już takie same, mam wrażenie, że to wszystko już było. Kiedy dostaję nastoletniego geja, który przypadkiem trafia w niezłe bagno, po prostu krzyczę z radości. Zawsze. Kiedy jeszcze okazuje się, że to moja bratnia dusza (no poza shipowaniem Drarry, ale to za chwilę) to jestem w niebie. Simonie Spier, możesz sobie być fikcją ale od teraz się kumplujemy!
Chyba każdy przyzna, że nie ma zbyt wielu książek o tej tematyce. Niewielu autorów, których miałam okazję czytać, rusza postacie nieheteroseksualne. I tak – to jest drugi powód, dla którego zainteresowałam się tą książką. (Pierwszym był tytuł, no proszę! „Simon vs. The Homo Sapiens Agenda”? To brzmi jak moje życie!) Jednak po przeczytaniu mogę z czystym sercem powiedzieć, że sukces tego tytułu leży w czym innym. Autorka przedstawiła wszystkie postacie bardzo naturalnie. Bez przeginania, bez wyraźnego zaznaczania, kogo powinniśmy polubić, a kogo nie. To wyszło po prostu tak, jakby oni zostali wyciągnięci z jakiejś przypadkowej szkoły i włożeni do książki. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że co jakiś czas mamrotałam do książki „Hej, to o mnie!”. No i tak, w gruncie rzeczy miało być o gejach, ale wyszła bardzo przyjemna historia o licealistach. Najgorsze, co mogło z tego wyjść, to ciągłe podkreślanie orientacji seksualnej. „No bo jakie to ciężkie, przykre i okropne może być życie nastoletniego geja. Przecież on jest homo!”  - i tak dalej i tak dalej. To by było po prostu złe. Pani Albertalli tego nie zrobiła i chwała jej za to! Simon jest po prostu normalnym nastolatkiem! Ma swoje problemy z rówieśnikami, rodziną, zakochuje się... I nie przepuszczę tego – shipuje Drarry! Może to nie moja para, ale czytanie fanfików przez całe wakacje? O ludzie, jakbym widziała siebie. Poza tym dość często w mojej głowie pojawiały się te same myśli, co chwilę później w książce.
W całości książka jest bardzo przyjemna, chociaż zdecydowanie za krótka. Przeczytałam ją w dwa dni - zrobiłabym to w jeden dzień, ale musiałam iść do pracy. Główne wątki: szantaż i maile z Blue potrafią zupełnie pochłonąć. Najlepsze było zastanawianie się, kim jest Blue. Miałam trzy teorie i żadna się nie sprawdziła. Z jednej byłby całkiem kochany ship, ale jednak prawdziwa tożsamość miłości Simona okazała się równie kochana, interesująca i zadowalająca. Nie zdradzę nic, bo jak już wspomniałam, to jest najlepsza zabawa. Pobawcie się w Sherlocka, kombinujcie, kim jest ten uroczy, skryty chłopak, obiecuję, że się nie zawiedziecie. Styl autorki też wiele dodaje powieści. Pani Albertalli pisze lekko i przyjemnie, a przy okazji ma poczucie humoru. Po prostu wszystko to, co tygryski kochają najbardziej. Dzięki temu „Simona” czyta się szybko i ciągle chce się więcej. Widać, że autorka sama dobrze pamięta, jak to jest być w liceum, mieć te szesnaście lat i... być zakochanym w Harrym Potterze! Podsumowując, wszystko tu jest na swoim miejscu, postacie są prawdziwe, normalne, po prostu jak my, co pomaga się świetnie wczuć w akcję, a przy okazji są niebanalne. Książka jest autentyczna, fabuła interesująca, zakończenia wątków zaskakują, a całość jest świetnie napisana. Czego chcieć więcej? Kolejnych powieści Becky Albertalli! Po cichu mam nadzieję, na wydanie „The Upside of Unrequited” i ewentualnie czegoś jeszcze, o ile coś powstanie. (Oby powstało, ja tak ślicznie proszę!)

Bo może to właśnie jest coś wielkiego. Może to coś cholernie i niesamowicie ogromnego.
Może chcę, żeby właśnie tak było.”

56. "Uda nam się powrócić. Otrząśniemy się po tej stracie, wyzwolimy się z ciemności."

poniedziałek, 20 czerwca 2016 7 komentarzy:
Seria: Szklany Tron
Tytuł: Królowa Cieni
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 844
Ocena: 10/10

Opis: Celaena Sardothien do tej pory traciła wszystkich, których kochała. Zamordowano jej rodziców, jej ukochany, Sam, także zginął w męczarniach. Jej przyjaciółka, Nehemia, poświęciła życie, by Celaena mogła odkryć swoje dziedzictwo i pójść za przeznaczeniem… Ale dość tego. Teraz, gdy okiełznała już swoją moc, nadszedł czas na zemstę. Dziewczyna znana do tej pory jako Zabójczyni Adarlanu zniknęła – narodziła się Aelin Ogniste Serce, królowa podbitego przez Adarlan Terrassenu.
Nadszedł czas walki o wszystko, co ważne. Aelin wraca do Adarlanu, by zemścić się na tych, którzy skrzywdzili jej bliskich, odzyskać tron i stanąć twarzą w twarz z cieniami przeszłości. A przede wszystkim po to, by chronić tych, którzy jej pozostali.
Przed nią zadanie prawie niemożliwe do wykonania. Jej przeciwnicy mają po swojej stronie mroczne siły, a Aelin w Adarlanie pozbawiona jest swojej magii, która pozwala jej władać ogniem. Może jednak liczyć na swoich towarzyszy – kuzyna Aediona, Chaola, Lysandrę i przede wszystkim na Rowana. Rowana – walecznego księcia wojownika Fae, jej carranam, bratnią duszę – do którego zaczyna żywić coraz bardziej płomienne uczucia.

Powraca by podpalić świat.

Zaczynam od ostrzeżenia! Ta książka to jedna wielka drama, autorka co chwila zrzuca fabularne bomby, a po skończeniu siedzi się i płacze z miliarda powodów. Potrzebujecie jeszcze jakichś powodów, żeby ją przeczytać? Jeśli już zaczęliście tą serię to pewnie nie. Ja po prostu co chwila umierałam, nie potrafię określić tej mieszanki emocji, jaka we mnie dalej siedzi po skończeniu „Królowej Cieni”. Ta książka ma 844 strony, większej chyba nie posiadam i mogę z dumą powiedzieć, że nie połamałam jej grzbietu, a podczas czytania zapominałam, jaka jest ciężka, odkrywałam, że ręce mnie bolą dopiero, jak musiałam ją odłożyć.

Generał uśmiechnął się do swej królowej, bo w tej oto chwili cały świat trafił szlag.”

Sarah J. Maas, moja mistrzyni, kocham ją i pewnie bym jej nienawidziła, gdybym sama nie znała tego zabawnego uczucia podczas pisania, kiedy zamęczasz cudowną postać, ale myślisz jak zareaguje czytelnik i chcesz się zaśmiać jak prawdziwy szatan. Tym razem autorka popłynęła zupełnie, po dwóch pierwszy stronach musiałam przestać czytać, bo początek zabolał. Ona po prostu od początku postawiła na łamanie mi serca! Każdego, kto już czytał „Dziedzictwo Ognia” uprzedzam – to nie był koniec sceny w sali tronowej. Gotowi na perspektywę Doriana? Bo ja nie byłam! Chciałabym spróbować jakoś się odnieść do fabuły, ale nie potrafię nawet ułożyć zdania, które nie byłoby spoilerem, więc ograniczę się do stwierdzenia: plot twisty atakują z każdej strony. Ma to naprawdę wiele powodów, Maas sama w sobie jest nieprzewidywalną autorką, udowodniła mi to zakończeniem, większości postaci nie da się tutaj przypisać żadnych etykietek, nie można ich zaszufladkować, są zbyt złożone, muszę to przyznać nawet mojemu osobistemu nemezis – Królowi Adarlanu, poza tym każda decyzja ma tutaj zaskakujące konsekwencje. Autorka daje nam sporo nadziei, każe nam myśleć, że coś zrobi, a potem odwraca kota ogonem, dostajemy fałszywe tropy, co chwila okazuje się, że ktoś skłamał, nie powiedział całej prawdy, dowiadujemy się czegoś, potem znowu coś się zmienia i w końcu się okazuje, że nasze przewidywania były zupełnie błędne. Kocham to! Nie ma nic gorszego od przewidywalnej do bólu książki. „Królowa Cieni” jest ich odwrotnością.

Byli wykuci z tej samej stali. Byli dwiema stronami tej samej złotej, wyszczerbionej monety.”

Nie byłabym sobą, gdybym chociaż chwili nie poświęciła postaciom, tym ukochanym i tym, dla których urządziłabym konkurs na najbardziej znienawidzoną osobistość serii. Od początku kochałam tą serię za wielowymiarowych bohaterów, którzy potrafili zupełnie podbić moje serce. Nikt tu nie jest do końca taki, jak się na początku wydaje, żadna postać nie jest jednowymiarowa, Maas potrafi tak wszystko napisać, że nawet król, który wydaje się nam uosobieniem zła, ma w sobie też coś, dzięki czemu można zobaczyć w nim też człowieka. (Nawet, jeśli to najbardziej znienawidzony przeze mnie człowiek w całej galaktyce!) Jakiś czas temu stwierdziłam, że w swojej drugiej serii autorka przegięła przedstawiając główny czarny charakter, w „Szklanym Tronie” tego nie ma, nikt nie jest przerysowany i nie wydaje mi się przez to nierealny. W „Królowej Cieni” autorka co chwila bawi się naszymi emocjami, ja dalej nie wiem, jak to się stało, że Chaol w jednej chwili zrobił się taki okropny, normalnie przez pół książki chciałam wejść do środka i nakopać mu w cztery litery! Shipowaliście Chaolenę? Jeśli tak, to współczuję Wam z całego serca. Co chwila zmienia się też Manon. Ja od początku wiedziałam, że ona nas jeszcze zaskoczy! Po prostu czułam, że nie będzie wiedźmą bez serca! Tak samo wiedziałam, że Asterin też się coś dostanie, i tak, kocham ją! Poza tym Rowan i Aedion – cały czas byłam przekonana, że ci dwaj zagryźliby się po pięciu minutach znajomości, ale tworzą taki genialny duet, że nie przyjmuję do wiadomości, że mogliby nie pojawiać się razem w kolejnych częściach. I się pytam czemu nie urządzili tego konkursu sikania na odległość?! Aelin nadal mnie zaskakuje. Moje Ogniste Serce, moja królowa, moja zabójczyni! Jestem z niej coraz bardziej dumna, patrząc, jak dorasta. Nie ma już narwanej Celaeny, w której się zakochałam i którą nadal kocham, za to mamy młodą królową, gotową zabijać za swoje królestwo i swój dwór, dla której dam wykroić sobie serce. Na początku nie zauważałam różnicy między Celaeną, a Aelin, ale kiedy w Twierdzy Zabójców jeszcze raz zmieniła się w Zabójczynię Adarlanu dotarło do mnie, że to dwie zupełnie różne dziewczyny. Muszę też dodać, że mimo że Aelin to „ziejąca ogniem królowa suka” gotowa podpalić świat, żeby walczyć o swoje, jest też wyważona w drugą stronę. Dalej jest młodą dziewczyną, na którą spadło zbyt wiele odpowiedzialności i tragedii. Poza tym o postaciach mogłabym tu nawijać cały dzień, wszystkie są w pewien sposób urzekające. Zachwycam się ich różnorodnością już od pierwszej części. Teraz do gry wchodzą też bohaterowie z nowelek. Pamiętacie Lysandrę? Lepiej sobie o niej przypomnijcie, a jak nie wiecie o kogo chodzi, to lećcie czytać „Zabójczynię”! W tej części prequele nabierają znaczenia. Chciałabym powiedzieć jeszcze coś o Dorianie, ale nie wiem jak się wypowiedzieć, bo też zaspoileruję. Dalej jest moim niebieskookim księciem, którego należy chronić przed wszystkim, co złe i to nigdy się nie zmieni.


Byłeś taki silny, taki cudowny... Nie mogłem pozwolić na to, by cię zabrali.”

„Królowa Cieni” to genialna kontynuacja. Autorka znowu udowadnia, że stać ją na jeszcze więcej. Dostajemy dramy, cudowne relacje, zaskakujące zwroty akcji i taką burzę emocji, że do teraz się dziwię jakim cudem moje serce jeszcze nie wybuchło. Maas coraz bardziej poszerza wykreowany przez nią świat, jej postacie dorastają i kształtują na nowo. Poza tym o ile się nie mylę, jest kolejną autorką, która nawiązuje do legendy o Królu Kruków, tylko robi to w sposób... Cóż, dość przerażający. Czytając „Królową Cieni” niczego nie można być pewnym, lepiej po prostu się przygotować na kolejne zaskoczenia. Na pewno nie da się przy niej nudzić. Ostatnie 140 stron jest chyba najlepsze, momentami aż zapominałam o oddychaniu! Nie mam żadnych zastrzeżeń, poza „kosmetyką” – w kilku miejscach trafiłam na zjedzone literki w druku i srebrne literki z okładki znikają w zastraszającym tempie. Na wszystkich innych częściach napisy dzielnie się trzymają, tylko z tej jakoś tak uciekają. Co mogę jeszcze powiedzieć? Chyba tylko to, że szczerze boję się, jak świetna okaże się kolejna część, ale nie obchodzi mnie to, bo potrzebuję jej teraz, zaraz, natychmiast!

55. "Oni zawsze grają. Nigdy nie przestają."

sobota, 18 czerwca 2016 Brak komentarzy:
@chaos_cupcake
Niezrównani
Unrivaled

Seria: Beautiful Idols

Autor: Alyson Noel
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Wyd.: HarperCollins

Ocena Cupcake.: 4/10

Opis fabuły:
Znany w całym Los Angeles Ira Redman organizuje konkurs dla młodych ludzi, w którym stawką jest prestiż jego klubów, dostęp do świata sław, a także spora sumka pieniędzy. Zadaniem uczestników będzie promować nocne kluby Redmana, przyciągać do nich młodych ludzi ale także i sławy. W konkursie biorze udział dwanaście osób, jednak tylko jedno z nich może zostać zwycięzcą. Do czego są w stanie posunąć się nastolatkowie, by spełnić swoje marzenia? 

Kiedy zabierałam się za tę książkę, tak naprawdę nawet nie wiedziałam, o czym będzie. Opis z tyłu zdradzał pewien zwrotny moment fabuły (dlatego nie polecam go czytać!), co pozwalało mi nastawiać się na kryminał, jednak... no cóż. Nie będę tu wymyślać - zawiodłam się na całej linii. No, może nie całej, bo okładka książki zachwyca. Jednak nawet druku nie mogę tu pochwalić - litery w książce wydają sie jakoś podejrzanie wyblakłe, co męczy wzrok.

Niezrównanych czyta się nieprzyzwoicie szybko. Kolejne strony przelatują tak naprawdę nie wiadomo kiedy... i nagle docieramy do zakończenia, które wydaje się jakieś niedokończone. Jakby Noel skończył się czas, więc oddała do druku coś napisanego nieco na odwal. Deadline'y są bezlitosne, ale no bez przesady. Styl autorki jest prosty i, no cóż, dość banalny. Nic szczególnego, zupełnie nie zapadającego w pamięć.

Do wad książki można też w sumie zaliczyć bohaterów. Historia skupia się wokół trójki uczestników konkursu: Layli, Aster i Tommym. Muszę się Wam przyznać, że na początku myślałam, że Layla, córka malarza blogująca o hollywoodzkich celebrytach, będzie taką genialną twardą bohaterką, która zapadnie w pamięć i trafi do grona moich ulubionych postaci damskich. Oj, dawno się tak bardzo nie pomyliłam. Z pewnej swego nastolatki o ciętym języku autorka zrobiła niezdecydowaną wredną panienkę. Aster z kolei od początku przedstawiana jako zołza, okazuje się kimś zupełnie innym. Z pozoru dziewczyna pewna swojej pozycji, świadoma swoich zalet, skrzętnie ukrywająca wady, wiedząca, jak obchodzić się z ludźmi ze świata celebrytów... daje się zmanipulować i wkręcić w podejrzane rzeczy. Jedynym bohaterem, którego można tu bez większych problemów pochwalić jest Tommy. Niedoszły gwiazdor rocka mający swoje tajemnice, podczas konkursu ukrywający się pod maską zblazowanego bad boya, w rzeczywistości czuły i niepewny.

Książka nie pozostawiła po sobie specjalnie dobrych wspomnień. Pięknie opakowana słaba fabuła wraz z niezbyt ciekawymi bohaterami raczej niespecjalnie mnie usatysfakcjonowała. Na plus jednak można zaliczyć to, że ten odmóżdżacz czyta się naprawdę szybko i nie wymaga od nas specjalnego skupienia. Płyniemy w tym dziwnym świecie wraz z bohaterami, zadając sobie jedne tylko pytanie: co my tu właściwie robimy? Polecam na odstresowanie oraz naprawdę nudne wieczory, kiedy nie ma się już zupełnie co ze sobą zrobić.


Po przeczytaniu w głowie pozostaje mi tylko jedno pytanie - dlaczego książka o tak zachwycającej okładce jest tak... marna?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania
serdecznie dziękuję Księgarniom Matras

A Wy? Czytaliście Niezrównanych? Macie może chęć?
Nie zachęcam, nie odradzam. Przekonajcie się sami!

A czy ty zdołasz uciec przed końcem świata?

środa, 15 czerwca 2016 Brak komentarzy:
Tytuł: Mad Max: Na drodze gniewu
(Mad Max: Fury Road)
Reżyseria: George Miller
Scenariusz: Nick Lathouris,
Brendan McCarthy,
George Miller
Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Czas trwania: 2 godziny
Produkcja: Australia, USA
Premiera w Polsce: 22.05.2015r.
Premiera na świecie: 07.05.2015r.
Muzyka: Junkie XL
Zdjęcia: John Seale
Studio: Kennedy Miller Productions,
Village Roadshow Pictures
Dystrybucja: Warner Bros. Entertainment
                                                   Ocena: 8/10


Koniec świata, jak go sobie wyobrażamy? Wojna, choroby, katastrofa naturalna, czarna dziura? A może inaczej, śmierć najbliższych, osamotnienie, wieczne poczucie winy? Każdy z nas ma własną definicję, lecz czy to daje nam możliwość na przygotowanie się? 

„Mad Max: na drodze gniewu” jest kolejnym, czwartym już, filmem z serii porzuconej w 1985 roku. Od pierwszych scen zostajemy wepchnięci do świata (albo przynajmniej tego co z naszego świata jeszcze zostało), który rządzi się własnymi, brutalnymi prawami. Tutaj albo ty gonisz i zabijasz, albo możesz już sobie kopać grób. W takich właśnie okolicznościach ponownie poznajemy Max’a, człowieka nękanego przez błędy własnej przeszłości, człowieka stojącego na skraju własnego świata.

Sceneria wykreowana przez George’a Millera jest dość ciekawym zamysłem. Przeobraził on standardowe wyobrażenie postapokaliptycznej Ziemi w trochę ironiczne miejsce rządzone przez Bogów paliwa, silników, karabinów i pocisków. Trzeba się do takiego obrazu nieco przyzwyczaić, ale jedno przyznam, robi wrażenie. Sama fabuła jest dość prosta, nowe miejsce, znajdź sprzymierzeńców, obmyśl plan pokonania tych złych, happy end. Tym najważniejszym aspektem, który wywarł na mnie tak ogromne wrażenie było tempo filmu. Nie samego prowadzenia historii, ale właśnie całego filmu. Nie było chyba ani jednej sceny, w której mógłbym powiedzieć, że nic się nie dzieje, a co ważniejsze, nie było tam żadnych sztucznych wypełniaczy. Każda scena była na swój sposób nowa, zaskakująca, pełna wybuchów, pościgów, akcji, nie zwalniająca ani na moment, lecz w tym wszystkim także niemęcząca widza, co wcale nie jest tak łatwe do osiągnięcia.

Nie byłbym sobą, jeśli nie poruszyłbym także tematu ścieżki dźwiękowej, która niestety nie wpisała się jakoś szczególnie w moją pamięć, lecz też nie mogę powiedzieć o niej złego słowa. Kompozytorzy i dźwiękowcy zrobili kawał dobrej roboty, gdyż tempo, w jakim biegnie film, zdaje się być tylko jeszcze bardziej popędzane przez mieszankę konkretnego gitarowego brzmienia i mocnej, klasycznej muzyki. No i oczywiście muszę wspomnieć o genialnym pomyśle, jakim był szalony gitarzysta, któremu dano władzę napędzania całej tej muzycznej machiny.

Niestety te dobre strony, które w tym przypadku występują w większości, nie przykryją kilku niedociągnięć i błędów. Tym najważniejszym zdaje się być zgrzyt jakiemu uległa niby tak prosta fabuła. Jest wielki pościg, są wybuchy, energiczna muzyka, jest ustalony plan naszych bohaterów, lecz nagle… postanówmy zrobić to wszystko kompletnie na odwrót – a co, raz się żyje! Od strony widza wygląda to jednak nieco inaczej. Zostaje on brutalnie wyrwany z dotychczasowego transu pełnego akcji i zniszczenia… puff, cały czar pryska. Na całe szczęście szybko do nas powraca, lecz niesmak pozostaje do samego końca.

Podsumowując, czwarta odsłona „Mad Max’a” nie jest filmem idealnym, ma swoje błędy i niedociągnięcia dodatkowo potęgowane faktem, że jest to kino raczej płytkie, masowe, bardziej dla czystej rozrywki niż głębokich przemyśleń. Broni się jednak jedną, naprawdę bardzo ważną dla produkcji tego typu umiejętnością... wywiera na nas duże wrażenie, które pozostaje na długo. Polecam.


Olorien.

Popularne posty