58. "Mene mene tekel upsharin"

niedziela, 6 listopada 2016
Seria: Dary Anioła
Tytuł: Miasto Kości
Miasto Popiołów
Miasto Szkła
Miasto Upadłych Aniołów
Miasto Zagubionych Dusz
Miasto Niebiańskiego Ognia
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ocena: 9/10 (bo Clary)
Opis: Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela.

Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą zmarli Łowcy. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Łowców Cieni, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich.

Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli boskich przedmiotów. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, pod przywództwem zbuntowanego Łowcy, Valentine’a, który niemal na zawsze zniszczył tajemny świat Łowców. I mimo że od śmierci Valentine’a minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął… 



Ok ludzie, uprzedzam - dzisiaj będzie długo i chaotycznie, bo jestem buła i inaczej tego zrecenzować nie potrafiłam! Za wszelkie usterki przepraszamy, Lucy jest zbyt emocjonalnym stworzeniem!


"Łatwe jest zejście do piekieł."


Może zacznę od historii mojego życia. Ehem… Dawno, dawno temu, w roku 2014 nieskażona jeszcze Internetem Lucy szukała jakichś fajnych książek, w których przy okazji byłby wątek miłości męsko - męskiej. Cupcake pewnie pamięta czasy, kiedy zaczęłyśmy pisać nasz pierwszy komediodramat o Huncwotach. To przypada na ten okres. Szukałam czegoś, bo przez kochanego Ricka Riordana zrozumiałam, ile cudownego cierpienia dają postacie LGBT. I tak pewna dobra duszyczka szepnęła mi o “Darach Anioła”. (Dobra, to brzmiało jak “Przeczytaj to, Malec!”. Teraz ja tak brzmię.) O Cassandrze Clare usłyszałam trochę wcześniej i najpierw przymierzałam się do “Diabelskich Maszyn”, ale czytanie w pdf mi nie szło. Ta seria zasługiwałaby na oddzielną recenzję, gdyby nie to, że boję się czytać po raz drugi. Nie chcę znowu wpaść w załamanie nerwowe! Poszło to mniej więcej tak: usłyszałam, na próbę obejrzałam film, jako, że wcześniej nie czytałam “Miasta Kości” i ogólnie byłam jeszcze mało wyrachowanym stworzeniem, zachwyciłam się, ale… No jak to brat i siostra?! I tak właśnie się zaczęło. Zaczęła się moja obsesja i to dość niewinnie, zaczęła się miłość do Świata Cieni i… zaczęła się miłość do brokatu. Byłam okropnie wkręcona, zmusiłam naszą kochaną Clar do zaspoilerowania mi wątku Jace’a i Clary, zarywałam noce, czytałam na lekcjach i wzięłam pożyczkę od mojej cudownej mame, bo musiałam kupić kolejne części (serio, błagałam prawie na kolanach). Po przeczytaniu serii drugi raz uświadomiłam sobie, jakim niewinnym dzieckiem byłam w wieku siedemnastu lat. Po tym wstępie już wiadomo, że dzisiaj normalnie nie będzie.


"Aku cinta kamu."

Chyba każdy ma taką książkę lub serię, o której krąży wiele skrajnych opinii, autora się czepiają i w ogóle czasami nie wiadomo czy się przyznać, że się czytało, bo jeszcze cię pogryzą! Ja tak mam z Cassandrą Clare. No kurde, w jej książkach jest taki jakiś czynnik, że choćbym próbowała, nie będę w stanie ich nie lubić. Utonęłam w Świecie Cieni bez reszty i sam Razjel mnie z niego nie wyciągnie. Oczywiście nie są to książki szczególnie wybitne albo oryginalne, chociaż to jedyna fantastyka gatunku YA z taką tematyką, której nie bałam się dotknąć. “Szeptem” i “Upadłych” omijam od samych opisów, za to “Kroniki Nocnych Łowców” wciągnęły mnie i pożarły. Potrafię pokochać większość postaci, nie męczę się przy czytaniu… No i są Magnus i Alec, nie ma drugiej takiej pary, za którą chciałabym sprzedać duszę.


"Nie chcę świata. Chcę ciebie."


Wolę zaczynać od swoich ulubionych części, a że dzisiaj oceniam zbiorczo, będzie tego multum. Najważniejsze dla mnie, chociaż zepchnięte na drugi plan - MALEC. Ostatnio można zauważyć, która para jest w fandomie najpopularniejsza, głównie za sprawą serialu. Też ich tam kocham, ale książkowy Malec ma tyle pięknych momentów, często bardzo drobnych, ale dla mnie ważnych. Poważnie, czytając zaznaczałam głównie fragmenty o nich. Wszystkie zakładki na niebieski i różowo/fioletowo są o nich razem, osobno, o Magnusie, o Alecu, chociaż część dotyczy też parabatai. Chyba już dałam wszystkim poznać, że dla mnie związki nieheteroseksualne w książkach są bardzo ważne, ale zaczęło się od nich. To oni byli takim pierwszym kanonicznym shipem. Mają wszystko, co jest mi potrzebne do życia. Pozwolę sobie zapożyczyć z “Miasta Niebiańskiego Ognia” - mają tą “dziwną poezję”. Są jedną z tych par, które cały czas ewoluują, nie narzucają się, nie są zbyt idealni… Tacy słodko gorzcy, ile razy się przez nich śmiałam i ile płakałam, to chyba nie da się policzyć. Alec jest jak takie książątko - pierworodny, który stara się spełniać oczekiwania rodziców, chce, żeby byli z niego dumni, ten odpowiedzialny starszy brat. Naprawdę było mi go szkoda, bo równocześnie był wręcz przytłoczony świadomością, że w ogóle nie jest taki, jaki powinien. W dość homofobicznej społeczności, zakochany w parabatai, chociaż za to były przewidziane surowe kary, starał się nie wyróżniać, przyzwyczajony do tego, że stoi w cieniu Jace’a i Isabelle. No i Magnus - supernowa z brokatu, Wysoki Czarownik Brooklynu, sarkastyczny, wredny, ale tylko dlatego, że pod brokatem i nieprzyjemnym usposobieniem chowa swoje prawdziwe ja. Po zderzeniu ich razem wychodzi para nieidealnie idealna. Ich kreacja wypadła świetnie, pomiędzy pierwszą a ostatnią częścią widać wielki kontrast i zachodzące w nich zmiany. A przecież każdy czytelnik lubi obserwować jak jego “dzieci” dorastają, prawda? Alec tu zmienia się najbardziej: z niepewnego kłębka nerwów w akceptującego siebie młodego mężczyznę. Mogę śmiało powiedzieć, że są dla mnie na równi ze światem Nocnych Łowców najlepszym elementem serii. Nawet, jeśli zakończenie “Miasta Zagubionych Dusz” nadal jest dla mnie jak wyrywanie serca widelcem!


"All the stories are true."

Na równi oczywiście jest Świat Cieni sam w sobie. Mam wrażenie, że utknęłam w nim na zawsze. Daje on wiele możliwości i wcale się nie dziwię, że autorka cały czas pisze kolejne serie. Wiecie, że nie przepadam za romansami, a tutaj Jace’a i Clary było na kilogramy. A jednak ani na chwilę się nie zniechęcałam, bo wykreowany świat był na tyle ciekawy, że chciałam więcej i więcej. Specjalnie sobie zaznaczałam informacje o zwyczajach Nocnych Łowców i Podziemnych, jeśli takie się pojawiały. Często jest tak, że jeśli już w jakiejś książce pojawiają się jakieś magiczne rasy, to jest to ograniczone - sami Nefilim, wilkołaki i wampiry w parze, czasami faerie, czarownicy jako dzieci demonów to nawet nie wiem, ale tutaj mogę rzucić czarodziejami, bo w pewnym sensie są sobie podobni. Teraz dostałam wszystko na raz, w dodatku anioły i demony, inne wymiary, kraina faerie. To jak wielki park rozrywki! I to świetnie zbudowany, dlatego zawsze się cieszę, kiedy mogę wrócić do świata Nocnych Łowców z ich skomplikowanymi układami.


"Z drugiej strony to był Jace. Wszcząłby bójkę z ciężarówką, gdyby naszła go taka ochota."

Oddać cesarzowi co cesarskie - nikt nie może mnie wytrącić z przekonania, że Clare w większości świetnie kreuje postacie. Wspomniani wcześniej Alec i Magnus, gdzie Magnus jest dla mnie jedną z najbardziej barwnych postaci, z jakimi się spotkałam. Nie znam wielu osób, które nie kochałyby Jace’a. On to musi mieć w genach, bo tak samo pokochałam jego przodka. Po prostu jego ród ma to do siebie, że większość męskich przedstawicieli to tragiczni zbawcy ludzkości, przekonani, że są przeklęci, dopiero uczący się kochać, rzucający genialnymi tekstami… I przystojni jak diabli! Oczywiście piękna Isabelle, którą uwielbiam w równym stopniu, co jej brata. Zauważyłam, że często autorki starają się kreować swoje heroiny na “silne i niezależne”, ale równie często to jest zbyt wymuszone. Izzy nie jest wymuszona tylko naturalna… Niech tylko nie gotuje, a jestem gotowa się jej oświadczyć. No i na koniec zamykający tą całą łobuzerską bandę Simon. Kochany nerd, który na dobranoc opowiada Gwiezdne Wojny. Powiedziałabym, że nie muszę nic więcej dodawać, ale muszę! Na początku nie lubiłam Simona, bo pchał się niepotrzebnie tam, gdzie nie powinien. I znowu wszystko wywraca się do góry nogami, bo kiedy skończył z beznadziejnym podkochiwaniem się w Clary zrobiła się z niego świetna postać. A że staram się nie spoilerować, nie powiem jak w ostatniej części rozkleiłam się przez dosłownie wszystko, a najbardziej przez Simona! O postaciach mogłabym tak całe życie, bo większość polubiłam. Kurde, nawet Sebastiana! Do dzisiaj nad nim płaczę, uwielbiam, w ogóle wszystko na raz! Wyjątkami są Clary, Maia i Jordan, którzy po prostu nie zachwycili. No Clary zachowywała się, jakby ona i jej problemy były pępkiem świata, czego strasznie nie lubię, ale była do przeżycia.


"Jace potrafiłby się zabić, wkładając rano spodnie. Bycie jego parabatai to całodobowe zajęcie."


Parabatai! Zasłużyli sobie na oddzielny akapit, bo to jedna z piękniejszych rzeczy, jakie spotkałam w książkach. Sam zamysł już jest dla mnie cudowny, bo nie ma nic lepszego niż bromance na najwyższym poziomie. Cieszę się, że Clare wprowadziła tą relację w najróżniejszych wariantach, szczególnie zapadły mi w pamięć te fragmenty z Jacem i Alekiem, w których w jakiś sposób była przedstawiona ich więź. To, jak Jace pyta Alec? To ty?” w pokoju muzycznym. Przyjęcie u Magnusa, gdzie te dwie buły dolały wody święconej do wampirzych motocykli. Alec cały czas wkurzający się, że Jace ryzykuje swoim życiem, potem jak Jace martwi się o Aleca, kiedy ten został zraniony przez Abbadona. Alec przekonany, że kocha Jace’a, ale docinający mu, kiedy trzeba. W ogóle wszystkie ich docinki, traktowanie siebie jak nieposłuszne rodzeństwo, które trzeba ogarnąć, bo ten drugi sam tego nie zrobi. Nawet karanie siebie nawzajem “dla ich dobra”: kiedy Alec w “Mieście Szkła” odmawia Jace’owi iratze, a Jace w “Mieście Niebiańskiego Ognia” rozwala Alecowi telefon, żeby nie pisał do Magnusa. Do tego piękna rozmowa między nimi w szóstej części, kiedy Alec mówi, że uważał Jace’a za jedyną osobę, która nie miała go za gorszego Nocnego Łowcę. Tak samo w pamięć zapadł mi ten Nocny Łowca, który po zabiciu swojego parabatai podciął sobie żyły - dość makabryczne, ale znowu przedstawia, jak głęboka to jest więź. Na koniec skrócona historia Roberta Lightwooda i Michaela Waylanda… Dobra, tu miało nastąpić malownicze pieprznięcie w klawiaturę, ale nawet to nie wyraża tego, co aktualnie czuję.


"Jeśli nie nakłonię niebios, poruszę piekło."

Na koniec o fabule, no bo kurde jestem mistrzem kluchą, która pisze, co jej akurat do łba wpadnie. Trudno mi ocenić wszystkie części na raz, za dużo wszystkiego, ale nie potrafiłam podzielić recenzji na sześć części. Nie miałabym żadnych zastrzeżeń. Prawie za każdym razem wciąga bez reszty, co chwila dzieje się coś takiego, że po prostu chce się czytać dalej, nie można teraz odłożyć książki, emocje wywala poza skalę… No prawie zawsze. Bo jest pamiętna czwarta część. “Miasto Upadłych Aniołów” dla mnie jest najgorszym tomem. Niewiele się dzieje, jest po to, żeby wprowadzić czytelnika do wydarzeń z kolejnych części i trzeba ją zmęczyć. Chociaż w “Mieście Zagubionych Dusz” i “Mieście Niebiańskiego Ognia” dzieje się tyle, że warto. To jak jedzenie nudnego obiadu dla ulubionego deseru. Schematy są, jak to w literaturze YA, ale cała otoczka i postacie są tak interesujące, że ma się to gdzieś. Dlatego ja mogę polecić “Dary Anioła” każdemu czytelnikowi, który czyta dla rozrywki i nie ma nic przeciwko przyjemnej, młodzieżowej fantastyce.


"Jego oczy były zielone."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty