13. Czterolistne koniczynki i chłopak "znikąd"

niedziela, 18 stycznia 2015

Lament. Intryga Królowej Elfów

Autor: Maggie Stiefvater
Tłumacz: Karolina Socha-Duśko
Wyd.: Illuminatio

Ocena Cupcake.: 5/10

Deirdre ma szesnaście lat, harfę i wybitny talent muzyczny. Dodatkowo cierpi na katagelofobię - lęk przed publicznym poniżeniem - który w jej wypadku objawia się zwracaniem zawartości żołądka przed każdym występem. Właśnie w takiej sytuacji poznaje Luke'a, który jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności okazuje się chłopakiem z jej snów. Co prawda szkolna toaleta nie jest idealnym miejscem na romanse, ale... co połączy tych dwoje? Kim jest Luke? I dlaczego Deirdre wciąż trafia na czterolistne koniczynki? Jakie muzyka ma znaczenie w fantastycznym świecie?


Debiut - tak, to zdecydowanie trzeba zaznaczyć - Maggie Steifvater nie jest specjalnie wybitną książką. Wcześniej przeczytane pozycje tej autorki nieco zawyżyły mi standardy jej twórczości i możliwe, że przez to tak ciężko było mi przebrnąć przez tą, bądź co bądź, cieniutką lekturkę. Historia jest dość ciekawa, intrygująca, czaruje tajemnicą. Fantastyczne postaci mają typowy dla Stiefvater urok, potrafią wprawić w zachwyt, ale jednocześnie są drapieżne i niebezpieczne. Maggie wykorzystuje legendy z zaskakującą sprawnością wplatając je w urban fantasy. Styl tej autorki to jeden z tych, które lubię bezwarunkowo. Maggie wprowadza element zaskoczenia, przerażenia, intryguje już samym prologiem. Od razu daje znać, że nie będzie to kolejna przesłodzona powieść młodzieżowa, że pojawi się zdecydowanie nutka grozy - co tym razem nieco mnie zwiodło. Również zakończenia u tej pisarki uwielbiam - niejasne, pozwalające samemu obmyślać sobie przyszłość bohaterów. Mimo czegoś irytującego w narracji (może to przez główną bohaterkę), naprawdę z przyjemnością pochłaniałam kolejne literki - jeśli chodzi o sam styl i język, jakim pisana jest ta historia. Charakterystyczny humor powodował u mnie wielokrotny uśmiech, mimo że przez większość czasu miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno. Dosłownie.

Pierwsze, co warto zauważyć, to przepiękne wydanie książki. Szczerze mówiąc, męcząc się z nią, wiele razy miałam ochotę zamiast czytać, po prostu pogapić się na okładkę. Intrygująca postać, symboliczny zdobiony miecz i pełno czterolistnych koniczynek... To ogromny plus wydania, tak samo jak i rysunki zdobiące kolejne "księgi" tej powieści czy dedykację.

Fabuła jest dość ciekawa. Chłopak "znikąd", ze snów nastolatki, nagle pojawia się w realnym świecie. Luke Dillon. Tajemniczy flecista, który od razu oczarowuje główną bohaterkę. Tuż przed jego pojawieniem się, Deirdre znajduje pierwszą z czterolistnych koniczynek o dziwo na klapce telefonu. Później pojawia się ich więcej, a i Luke'a praktycznie z każdą kolejną stroną przybywa. Niestety część wątków ginie w tajemniczych okolicznościach, a niektóre z sekretów wyjaśniają się ze zdecydowanym opóźnieniem, co nieco spowalnia akcję. Z kolei inne z elementów opowieści wydają się nieco "rozwleczone" i niezbyt zachęcają.

Bohaterowie? Och, to chyba najgorsza część całej historii. Tak jak zazwyczaj zaraz wczuwam się w głównych bohaterów i zdecydowanie im kibicuję, tak tutaj od pierwszych stron miałam dość Deirdre. Później nieco się poprawiła w moich oczach, ale mimo wszystko wciąż nie była do zniesienia, aż po ostatnie stronice książki. Jeśli miałabym powiedzieć, co mi tak w niej nie pasowało, powiedziałabym, że jest dokładnie taka, jak bohaterowie moich marnych wypocin: niekonkretna i przewidywalna. Luke to też nie jest strzał w dziesiątkę. Przypomina mi niebezpiecznego Edłorda ze Zmierzchu Stefanie Meyer tylko - o dziwo - w zdecydowanie gorszej, przeidealizowanej i irytującej wersji. Większość bohaterów ma w sobie coś irytująco przekoloryzowanego, szablonowego. Wredna ciotka Delia, opiekuńcza babunia czy ojciec nie mający nic do gadania. Przyjaciel głównej bohaterki, James, to chyba jedyna z dwóch postaci, które tę powieść ratują. Jako jedyny wydaje się być naturalny, mimo że nieco przesłodzony. Jego cięty język potrafił mnie naprawdę rozbawić, nawet w najtrudniejszych momentach. Właśnie ze względu na niego, mam ochotę teraz natychmiast na drugą część - Balladę. Taniec mrocznych elfów, której jest głównym bohaterem! Inną postacią, zasługującą na uwagę jest Una, ale nie będę o niej mówić za dużo, gdyż wolę uniknąć spojlerów.

Książka do najgorszych nie należy, ale nie ma co się nastawiać na fajerwerki - to debiut Stiefvater.  Nie najgorszy, ale jednak tylko debiut. Świat przedstawiony w historii jest barwny i intrygujący, fabuła wciąga, jednak na bohaterach powieść strasznie ucierpiała. A szkoda.

~*~
Dajcie znać, czy może już ją czytaliście. Jak wrażenia?
Macie zamiar? Intryguje Was?

>>Cupcake.<<
_________________________________
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

14 komentarzy:

  1. Czytałam kilka lat temu, głownie ze względu na autorkę. Ale juz nie pamietam z tej ksiazki praktycznie nic, wiec zgadzam sie z twoja opinia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kupiłam ze względu na autorkę i aż miło mi myśleć, jak bardzo się rozwinęła ;)

      Usuń
  2. Jeśli bohaterowie są beznadziejni, to nic już nie uratuje książki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niestety prawda - Luke i Deirdre (chciałabym zwrócić jeszcze uwagę na strasznie trudne do zapamiętania imię) pogrzebali całą książkę... Dobrze, że pojawił się ktoś taki jak James oraz Una, inaczej książka wylądowałaby tajemniczym sposobem za oknem ;)

      Usuń
  3. Droga Cupcake, właśnie nominowałam Cię do Potterowego tagu
    zapraszam :)
    http://zakladkaa.blogspot.com/2015/01/z-nudow-postanowiam-stworzyc-tag-do.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ohoho, dziękuję bardzo, postaram się niedługo zrobić <3

      Usuń
  4. Przeczytałam i prawdę mówiąc byłam strasznie nią zawiedziona. Widać spodziewałam się czegoś o wiele lepszego...

    namalowac-swiat-slowami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam dokładnie tak samo... Nastawiłam się na coś innego, a dostałam kolejną przeidealizowaną historię...

      Usuń
  5. Raczej nie dla mnie. Będę się trzymać z daleka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie to, że zniechęcam, ale najlepsza to ona nie jest ;) Zdecydowanie bardziej polecam "Wyścig Śmierci" tej samej autorki :D

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Raczej nie polecam, chociaż samo stiefvaterowskie obrazowanie świata jest jak zawsze cudowne ;)

      Usuń
  7. Proszę o dostarczenie statystyk za styczeń w wyzwaniu Nadrabiamy zaległość :)

    OdpowiedzUsuń

Popularne posty